wtorek, 19 września 2017

POZA GRANICE ILUZJI #5 RIESE - MUCHOŁAPKA I OSÓWKA

Kolejny dzień eksploracji Olbrzyma przed nami. Na początek odwiedzamy interesujące miejsce, okraszone wieloma nazwami i teoriami, z których jedna mówi o lądowisku dla pojazdów kosmicznych.


U jej podstaw leży zapewne geometryczny kształt Muchołapki oraz podwyższony poziom promieniowania zarówno w okół niej, jak i w materiale, z którego została wykonana. Bardziej sceptyczna wizja osób 'racjonalnych' mówi o tym, iż była to zwyczajna chłodnia, jakie stawiano przy każdej elektrowni. I rzeczywiście w niedalekim sąsiedztwie Muchołapki znajdowała się niegdyś elektrownia, co jednak kontrastuje znacząco z tajemniczym Riese, do którego Muchołapka niewątpliwie należała. Najbardziej wyimaginowana zdaniem wielu 'znawców rzeczy' teoria głosi, że Muchołapka jest nieczynnym portalem międzywymiarowym. Pozwolę sobie nie obierać żadnej z powyższych teorii. Któż to pozna należycie?
Przy okazji wizyty w Ludwikowicach Kłodzkich, gdzie owa Muchołapka się znajduje, otrzymujemy darmową lekcję historii od lokalnego przewodnika, który wyszedł nam na przeciw, chcąc zachęcić do wizyty w tutejszych podziemiach. Do wizyty ostatecznie nie dochodzi, gdyż mniej nas interesują kwestie militarne, które dominują w Muzeum Molke, niemniej jednak jest to ciekawy punkt na mapie Dolnego Śląska, zwłaszcza dla wielbicieli techniki wojskowej. Krótki przystanek, zwieńczony jak najbardziej pozytywną pogadanką o rozmachu przedsięwzięcia Riese. 


Przed południem docieramy do Osówki. Każdy z odwiedzanych przez nas podziemnych kompleksów ma swój urok. Osówka zaskakuje nas totalnym chaosem i dezorganizacją. Kupujemy bilety, po czym musimy czekać blisko godzinę na wejście. Po jakimś czasie okazuje się, o czym nikt nas wcześniej nie poinformował, iż wejście odbywa się kilkaset metrów od kas biletowych. Brak komunikacji. Pędzimy, żeby zdążyć na określoną godzinę. Niestety czas płynie nieubłaganie - nie zdążyliśmy. Możemy wejść za kilkanaście minut z kolejną grupą. I w porządku. Męska część naszej paczki poprzestaje na tej informacji i nieopodal oczekuje na określony sygnał. Żeńska energia nie daje za wygraną i po chwili rozmowy okazuje się, że w ramach rekompensaty za stracony czas, będziemy mogli, bez wcześniejszej rezerwacji, wejść na ekstremalny odcinek. I rzeczywiście, po wstępnej części trasy, przejmuje nas drugi przewodnik, który wypuszcza nas na nieoświetlony i nieudostępniony dla przeciętnego zwiedzającego tunel, w części zalany wodą. Jest mniej komfortowo, zimno, mokro i do tego drewniany most, po którym stąpamy rusza się we wszystkie strony. Wszyscy są zadowoleni. Właśnie tego brakuje w trasach edukacyjnych, samodzielności i nieprzewidywalności. Jesteśmy szczęśliwi, że się spóźniliśmy, gdyż po raz kolejny wychodzi nam to na dobre. 
Po kilkuset metrach wracamy do niczego nieświadomej grupy, która przysłuchuje się pogadance pani przewodnik. Wsłuchujemy się w nią i my. Zaskakuje nas niezmiernie jej ton, jej otwartość i odwaga. Mówi wprost: ktoś nie chce, byśmy odkryli całą prawdę Riese. W ramach przyczynków takiej sytuacji podaje dwie najbardziej realne możliwości, które jej zdaniem mogą warunkować taką postawę. Pierwszą z nich jest istnienie technologii i tajemnic z nią związanych, których funkcjonowania nie jesteśmy w stanie przyswoić, przez co izoluje się nas od prawdy. Druga zaś, moralnie bardziej adekwatna do dzisiejszych czasów, to niepisane porozumienie między rządem polskim, a rządem niemieckim, który za wszelką cenę chce uniknąć wypłaty odszkodowań dla rodzin więźniów poległych podczas budowy kompleksu.
Powiadają, że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze, jednakże w tym przypadku mogą one iść ramie w ramię z 'kosmiczną' technologią, której posiadanie wiąże się niewątpliwie z pewnymi, pokaźnymi przywilejami. 

wtorek, 5 września 2017

IX. Uważam nie

Idąc drogą rozwoju duchowego, czy jakiegokolwiek innego rozwoju, łatwo popaść w sidła tego, z czym pozornie się walczy. Walka jest więc tutaj czynnikiem niepożądanym. Walcząc z czymś, dajemy temu ogromną siłę. Kiedy porzucasz wiążące Cię dotąd schematy życia i zachowania, odczuwasz pewną ulgę, uczucie szczęścia, które z czasem zamienia się w poczucie satysfakcji, które z kolei bardzo szybko może przekształcić się w uczucie wyższości nad tymi, którzy nadal pozostają pod wpływem starych schematów. Jeśli uległeś takiej tendencji, to tak na prawdę nigdy nie stałeś się wolny. W momencie odchodzenia od starych schematów, Twoje ego już wysnuło plan, w jaki sposób będzie mogło Cię znów zniewolić, aktualizując jedynie formę uwięzi na której się znajdujesz. Hipokryzja to pojęcie, którym moglibyśmy określić takowe zachowanie, jednak przez wzgląd na jej negatywny wydźwięk, nazwiemy to po prostu nieuważnością. Kiedy jesteś nieuważny, niezależnie od tego jaki poziom rozwoju osiągnąłeś, ego może bardzo szybko sprowadzić Cie na sam dół drabiny, po której tyle czasu się wspinałeś. Tak metaforycznie rzecz ujmując możesz stracić lata pracy, przez jeden moment nieuwagi. Oczywiście, w ramach równowagi, jeden moment całkowitej obecności wystarczy by to wszystko odwrócić. Sekretem prawidłowego rozwoju jest harmonia i pokora. W świecie, w którym nic nie jest pewne, pokorne doświadczanie codzienności życia nauczy nas więcej niż jakakolwiek religia, czy nauczyciel duchowy. Możesz jeździć na satsangi, spotkania duchowe, możesz być nauczycielem duchowym, a w gruncie rzeczy możesz cały czas mijać się z głębią życia, która jest nieprzenikniona i nieodgadniona dla ludzkiego umysłu, który chcąc ją zrozumieć, jedynie spłyca jej prawdziwą naturę. Jeśli więc uważasz z poziomu umysłu, to proszę zachowaj niezwykłą czujność z poziomu serca. Tylko pełna uważność, pozwoli Ci nie uważać niczego, a we wszystkim dostrzegać piękno i harmonię. 

niedziela, 3 września 2017

POZA GRANICE ILUZJI #4 RIESE - RZECZKA I WŁODARZ

Wstajemy rano. Przed nami dziesięciokilometrowa trasa przez Góry Sowie, aż do Walimia, w którym planujemy nocleg. Walim ma być również naszym punktem wyjściowym do zwiedzenia trzech podziemnych sztolni, wchodzących w skład niezwykle tajnego, do dziś niezrozumiałego, największego projektu górniczo-budowlanego nazistowskich Niemiec - Kompleksu Riese. Mimo, iż przygotowujemy się mentalnie do kilkugodzinnego marszu, w głowie kiełkuje mi myśl, że może jednak nie będziemy musieli iść, że może jakimś cudem znajdzie się ktoś, kto nas podwiezie.
Schodzimy na kawę - podobno najlepiej smakuje na świeżym powietrzu. Po chwili dołącza do nas pewna para - Ania i Tomek, którzy wraz z córką nocowali na Zygmuntówce - piętro pod nami. Cud się wydarzył - po kilku minutach rozmowy umawiamy się na wspólne eksplorowanie podziemnych sztolni. Wyjeżdżamy za godzinę. Mamy transport i fantastycznych kompanów w podróży. Nie ma przypadków. Wspólne zajawki i otwartość względem siebie, pozwalają nam nawiązać ciekawą więź. Każde z nas czuje, jakbyśmy znali się od bardzo dawna. Może to kwestia wcieleń, może nie. Dziękuję, że się pojawiliście!


Wędrówkę po kompleksie Riese zaczynamy od wizyty w Walimskich Sztolniach, nazywanych również obiektem Rzeczka. Czekamy czterdzieści minut na wejście - określona grupa z określonym przewodnikiem. Nie lubię. Przed wejściem pogadanka od prowadzącego. Wchodzimy i zatrzymujemy się po kilku metrach, w celu wysłuchania ciągnącego się monologu wprowadzającego nas w klimat. Nudzę się. Zabieram latarkę i wymykam się poza grupę. O wiele ciekawiej, aczkolwiek skromność tutejszych korytarzy nie pozwala mi na zbyt długą ucieczkę. Wracam po kilku minutach, a pogadanka trwa w najlepsze. Pan starszy nas nie przekonuje. Zbyt dużo w nim frustracji i żalu do własnego narodu. Jak można?


Rzeczka jest iście turystyczną ciekawostką z makietami, replikami i manekinami, idealną by rozbudzić w dziecku zainteresowanie historią własnego kraju. Odczuwamy ogromny niedosyt i rozczarowanie. Pięciuset metrową trasę pokonujemy w półtorej godziny, poświęcając czas głównie na przepełnione arogancją i ignorancją pogadanki.  Kolejna lekcja by nie oczekiwać. Zrywamy się.


W ostatniej chwili trafiamy do obiektu Włodarz. Od samego wjazdu na jego teren czuć większy rozmach, czuć klimat, do którego nie potrzebujemy wprowadzenia i większą otwartość, uwarunkowaną bezpośrednim kontaktem z historią tego miejsca. Ach jakże miło tu być. Na początek zwiedzania oglądamy wprowadzający film, który już na wstępie przekreśla większość informacji, podawanych przez przewodnika w Rzeczce. Coś tu nie gra. Historia bywa względna, w zależności od tego, kto ją opowiada? Nieścisłości pojawiają się praktycznie we wszystkich informacjach, które dopiero teraz możemy zweryfikować. Okazuje się, że wszystkie podziemne korytarze miały zostać docelowo ze sobą połączone lub zostały połączone, a połączenia te, podobnie jak wiele nieodkrytych dotąd wejść, wysadzono i zasypano. Dowiadujemy się o istniejącym tutaj tajnym laboratorium, którego po dziś dzień nie udało się zlokalizować, o eksperymentach na ludziach, przygotowaniach do eksploracji kosmosu, prototypach statków kosmicznych pionowego startu, a także dwuletniej "okupacji" Armii Czerwonej, która wywiozła z Riese wszystko, do czego udało im się dostać. To lubię. Konkretne informacje, okraszone nutką tajemnicy, do tego fantastyczny klimat. Jest zimno, wilgotno, ciemno i niebezpiecznie.


Przepływamy przez zalane korytarze, wspinamy się, po to by za moment zejść dużo głębiej. Niesamowite wrażenie robi na mnie przewodnik - jest otwarty, odpowiada na pytania, bez zbędnego umoralniania i wydziwiania. Jest jednak jeden szczegół, który przykuwa uwagę - jego oczy, które zdają się mówić: "Nie mogę wam powiedzieć więcej, niż mi pozwolono."


I faktycznie coś w tym jest. Z jednej strony niesamowita ciekawość, którą czuć w każdym jego słowie, z drugiej brak możliwości rozwinięcia tej ciekawości i zajrzenia w głąb tajemnic Riese  - kompleksu, którego rozmiar oraz krążące o nim legendy winny sprawić, iż będzie to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Polsce. Możliwości eksploracji nieodkrytych dotąd części kompleksu są jak najbardziej wykonalne, gdyż większość pracowników o tym wspomina, jednakże nie robi się z tym nic, skazując Olbrzyma na zatracenie, przez zapomnienie. Komu na tym zależy?
Od miejscowych nie dowiadujemy się zbyt wiele, mimo iż każdy z nich ma na ten temat własną teorię, jak mniemam spójną z naszymi przeczuciami. Jedyne, co wiemy to fakt, iż Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych całkowicie zabroniła inwazyjnych eksploracji nieodkrytych dotąd przestrzeni Riese, zasłaniając się dbałością o naturalne środowisko. Mały paradoks, zwłaszcza w obecnych czasach, pokazujący, że już nawet ekologia stała się politycznym przepychadłem, mającym w tym przypadku chronić wielką i niebezpieczną dla świadomości przeciętnego człowieka tajemnicę.
Ciesze się, że udało nam się przyjechać do obiektu Włodarz. Byłem mocno rozczarowany tym, co spotkało nas w Rzeczce, przez co zachwiana została moja ciekawość względem Olbrzyma. Równowaga jednak nie została zachwiana i to, czego doświadczamy we Włodarzu w zupełności rekompensuje nam wcześniejszą kpinę.

piątek, 1 września 2017

POZA GRANICE ILUZJI #3 JUGÓW

Z Kłodzka zabieramy się ostatnim busem, na który nie zdążylibyśmy gdyby nie zmiana planów - w pierwotnych założeniach mieliśmy wyjeżdżać z miasta dwie godziny później. Nic nie dzieje się bez powodu. Jedziemy do Nowej Rudy, skąd czeka nas piesza wędrówka do Jugowa - siedmiokilometrowa trasa, z kilometrowym, stromym podejściem wieńczącym nasz dzień. Przez większą część trasy jedziemy sami - nasz prywatny PKS. Pod koniec drogi wzbudzamy nieukrywane zainteresowanie kierowcy, który wypytuje nas gdzie zmierzamy. Z politowaniem kręci głową, nie dowierzając, że dotrzemy dziś na Zygmuntówkę. Niepokojący komentarz, w stylu: 'żal mi was z tymi plecakami', zupełnie podcina nam skrzydła, a wymowny wzrok mej towarzyszki uświadamia, że za chwile sam będę wchodził z dwoma plecakami, niosąc ją jednocześnie na rękach. Tak, tak, wiem, wiem, że zupełnie nie przemyślałem naszej trasy, ale mój niepoprawny optymizm, wyrównał nam te wszystkie niedociągnięcia. I po raz kolejny mnie nie zawiódł, chociaż duża w tym Twoja zasługa, przy Tobie cuda się nasilają. 
Wychodzimy z busa, żegnając się z kierowca, który w pewnym momencie krzyczy do nas, byśmy zaczekali. Trochę jakby przekonując sam siebie, stwierdza, że właściwie może nas podrzucić jeszcze kawałek, czym zaoszczędzimy sobie sporo czasu i energii. Chwila konsternacji, wymowne spojrzenie, chyba faktycznie oboje słyszeliśmy to samo. Ludzie są cudowni. Drzwi się zamykają, a my ruszamy kolejnych kilka kilometrów, przybliżając się znacząco do celu naszej dzisiejszej tułaczki. Po drodze kierowca zamienia się w przewodnika, który opowiada nam nieco o okolicznych wioskach, ich mieszkańcach i swoich młodzieńczych latach, spędzonych w Jugowie. Niesamowite jest to, jak jego twarz promienieje na samą myśl o tych wspaniałych chwilach, które tu spędził i możliwości podzielenia się nimi z zupełnie 'przypadkowymi' turystami. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia - wystarczy zainteresowanie drugiej osoby, podparte uśmiechem.
Podwozi nas najdalej jak może, dwa razy dokładnie opisuje drogę do górskiego schroniska i z uśmiechniętą twarzą życzy nam przyjemnej wędrówki.


Na miejsce docieramy po nieco ponad godzinie. Mimo podwózki, jest to nadal wymagająca trasa, z bardzo stromym podejściem na sam koniec. Gdybyśmy wcześniej zauważyli podjazd pewnie byłoby nam lżej - chyba instynktownie rzucamy sobie wyzwania.


Jesteśmy. W Zygmuntówce czeka na na nas niezwykle otwarta i uśmiechnięta Inna z Ukrainy, która wraz z mężem opiekuje się schroniskiem. Wewnątrz pachnie cynamonem oraz suszonymi grzybami. Intrygująca kompozycja. Kwaterujemy się, rozpakowujemy i po chwili siedzimy na wzgórzu ponad schroniskiem, obserwując wędrujące słońce, skrywające się za granicą szczytu Wielkiej Sowy. Koniec tułaczki na dziś, odpoczywamy.


wtorek, 29 sierpnia 2017

Godne uwagi, warte polecenia #1


GOSPODARSTWO AGROTURYSTYCZNE W PSTRĄŻNEJ - MAREK MAZUR

Czy chcesz spędzić swój wolny czas blisko natury na malowniczych terenach, z dala od zgiełku i hałasu? Piękne krajobrazy, zróżnicowane środowisko przyrodnicze, liczne szlaki turystyczne oraz specyficzny klimat stwarzają wspaniałe warunki do wypoczynku i rekreacji, a także uprawiania różnych form turystyki i sportu. Atrakcyjne położenie sprawia, że każdy ciekawie i cudownie wykorzysta wolny czas.

Zapraszamy!!!


Marek Mazur 
Kudowa Zdrój
Pstrążna 36 
Tel. 691 - 618 - 197


Położone ledwie kilkaset metrów od granicy z Czechami gospodarstwo pana Marka to idealne miejsce do wyciszenia i naładowania wewnętrznych akumulatorów. Choć na pierwszy rzut oka niepozorne, oferuje przytulne pokoje o dobrym standardzie, z dostępem do kuchni i łazienki. Istnieje możliwość wynajęcia całego domu, a także wykorzystania przestrzeni w okół niego. Wspaniała atmosfera, otwarci i uczynni ludzie to dodatkowe aspekty zachęcające do wypoczynku właśnie w tym miejscu. Ceny przystępne, z możliwością negocjacji. Byliśmy, sprawdziliśmy i zdecydowanie polecamy. Dziękujemy za wszystko i pozdrawiamy panie Marku! 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

POZA GRANICE ILUZJI #2 KŁODZKO

Wstajemy rano, przy czym zaznaczyć trzeba dochodzącą właśnie godzinę dziewiątą. Poprzedni dzień był bardzo wymagający, toteż należał nam się nietłamszony wypoczynek. Leniwie wynurzamy się z pokoju, nieśmiało wychodzimy na zewnątrz, a tam krajobraz nie do poznania. Powoli przyzwyczajam się do zmienności górskiej pogody.


Mamy szczęście - właściciel gospodarstwa, w którym nocowaliśmy, wybiera się do miasta i z chęcią nas podwiezie - wspaniały człowiek. Po drodze opowiada nam nieco o swojej codziennej pracy na gospodarstwie, wspomina, że szuka artystów, rzeźbiarzy, malarzy, wszelakiej maści sztukmistrzów, chcących uzewnętrzniać swą pasję. W piętnaście minut pokonujemy dystans, którego przejście mogłoby nam zająć nawet dwie godziny - chyba szczęście podróżuje razem z nami. Kolejny przystanek - Kłodzko.


Jesteśmy w tym mieście dosłownie przez chwilę, a i tak się w nim zakochujemy. Ma w sobie coś urokliwego, średniowieczny układ urbanistyczny z twierdzą w najwyższym jego punkcie, kontrastuje nieco pojęcie miejskości. Jest na prawdę pięknie. Dziś dzień iście turystyczny. 


Zwiedzamy labirynt w podziemiach Twierdzy Kłodzko, sięgających daleko poza jej zewnętrzne granice. Mniej magiczny to czas dla nas, aczkolwiek doświadczamy bezpośredniego kontaktu z miejscem, a co za tym idzie z energią zdarzeń, które się tutaj rozegrały. Z jednej strony śmierć, strach, z drugiej ludzka zaradność i niezłomna wola przetrwania.


Kłodzko udziela nam specyficznej lekcji, pozwalając zderzyć się ze zjawiskami, których nie do końca moglibyśmy oczekiwać. Jest to jednakże niezwykle istotna nauka, umożliwiająca nam sprawdzenie się w sytuacjach wzbudzających większe emocje.
Spacerując po malowniczych uliczkach miasta, trafiamy do kościoła. Paradoksalnie - energia tego miejsca jest dość przytłaczająca, żeby nie rzec uciążliwa. Po chwili, nie wiadomo skąd, pojawia się przy nas żebrak proszący o jałmużnę. Beata wyciąga z portfela pięciozłotową monetę i wręcza mu ją. Przytłumiony i zmarnowany głos mężczyzny, momentalnie zmienia barwę i ton, przybierając pozycję zbulwersowanego i oszukanego. Rozmowa wymyka się z jakichkolwiek granic normy i kultury, a proszący przed chwilą człowiek, zaczyna nas atakować - "Co ja sobie za to kupię, chyba jesteście śmieszni, w tych czasach to nawet na wodę mi nie wystarczy" - Beata dyplomatycznie tłumaczy naszemu rozmówcy, że zawsze może zwrócić pieniążek, a ona zrobi z nim pożytek, bez pretensji i zażaleń. Ja, jakby nie do końca wierny swym oczom i uszom, toczę wewnętrzną walkę, by nie wylać z siebie całej swej irytacji i niechęci do takiego przejawu ludzkich zachowań. Trzy głębokie wdechy i wydechy. Spokój, tylko spokój nas ratuje. Złość i irytacja odchodzi, a wraz z nimi posępny żebrak, który pokrzykując i odgrażając się, na koniec swej wizyty niezwykłą czyni nam komedię. Napięcie schodzi tak szybko jak szybko się pojawiło, a my zyskujemy kolejną porcję doświadczeń związaną z tym, czego nie lubimy i nie rozumiemy, a co jednak nas niejednokrotnie spotyka. Wychodząc z kościoła, po minięciu jego progu zewnętrznego, oboje odczuwamy niezrozumiałą ulgę, przytłaczająca energia pozostaje za naszymi plecami, a my wybuchamy śmiechem. 

sobota, 26 sierpnia 2017

POZA GRANICE ILUZJI #1 BŁĘDNE SKAŁY

Wyruszamy późnym wieczorem, strzepując ze swych ramion kurz monotonnej codzienności, który coraz większą czyni nam nostalgię. Głodni zdarzeń, złaknieni emocji, które poją serca stęsknione za domem, podekscytowani i uważni, ruszamy szlakiem naszych wewnętrznych głosów, które szepczą: idź i doświadczaj. I tylko krok nas dzieli.

Przed godziną dziesiątą rano wysiadamy na stacji kolejowej w Kudowie-Zdroju, po drodze mijając kilka malowniczych miejscowości, które w pryzmacie dziewiczego nań spojrzenia, przybierają aurę malowniczych miejsc, o niezwykłym uroku. Jesteśmy wolni, tak prawdziwie nie wiąże nas nic, toteż nic nie może pokrzyżować naszych planów. Swoboda i elastyczność to klucze do realizacji czego tylko zechcemy. Czasami potrzeby są błahe, przyziemne – śniadanie i kubek kawy przed kilkukilometrowym marszem z plecakami większymi niż nasze możliwości. Uśmiech, może jeszcze jedna kawa, jednak nie. Ruszamy – pierwsze sto metrów, drugie sto metrów, pierwsze pół kilometra.. zawracamy – teraz idziemy w dobrym kierunku. Nasz cel pierwszego dnia to Błędne Skały. Po drodze musimy znaleźć nocleg. [Dziękuję, że mnie przekonałaś, co ja bym bez Ciebie zrobił?] Pierwotne zamierzenia o przejściu z plecakami całej trasy odchodzą w niepamięć. Palcem po mapie wychodziło jakoś lżej. Musimy znaleźć nocleg. Po dwugodzinnym marszu, stromym szlakiem prowadzącym w kierunku Błędnych Skał, docieramy do gospodarstwa pana Marka, w którym decydujemy się zatrzymać. Szybki prysznic i ruszamy dalej. Wędrówka nabiera rumieńców, zaczynam rozumieć co w niej tak wyjątkowego – cel odchodzi w zapomnienie, kiedy każdy krok prowadzi Cie w nowe i dotąd nieodkryte miejsce. Owszem mamy pewne założenia, ale od tej pory wszystko zaczyna iść swoim rytmem. 

Błędne Skały to obszar ponad 20 ha powierzchni, znajdującej się na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych, obejmującej kompleks form skalnych o wysokości dochodzącej do 11 m, powstałych na skutek wietrzenia piaskowca. 


Inna teoria mówi o tym, że labirynt skalny stworzył niejaki Liczyrzepa, inaczej nazywany Duchem Gór. Nie opowiadając się za żadną z hipotez, przybywamy do Wilczych Dołów natchnieni historiami o ich tajemniczych mocach.


Nie wiem, czy to przez energię tego miejsca, czy moją dziecięcą ciekawość, ale labirynt zdaje się wciągać z każdym kolejnym krokiem. Jestem ciekawy dokąd prowadzą wszystkie ścieżki, nie tylko te wyznaczone dla zwiedzających. Zbaczam z niej, skręcam raz, drugi, przechodzę pod głazem - ślepa uliczka, koniec gry. Zawracam, zmieniam kierunek, błądzę - jak sama nazwa wskazuje. Na skalnych formach zaczynam dostrzegać mniej lub bardziej widoczne rysy twarzy. 



Miejscami jest bardzo ciasno. Poranne zajęcia jogi zdają egzamin. Na trzy wciągamy brzuchy. I po strachu. 


Pod wieloma skałami znajdują się podparte o nie patyki, ułożone w kilkumetrowych rzędach. Od mijających nas turystów dowiadujemy się, iż są to patyki intencji. Każdy, kto podkłada pod skałę patyk, czyni to z konkretną intencją, marzeniem, prośbą lub jakąkolwiek inną formą przekazu energii, po to, by Duch Gór usłuchał jego wezwania i z całą swą mocą wsparł go w osiągnięciu zamierzonego celu. Składamy trzy amulety z intencjami - po jednym wedle uznania swego i jeden wspólny, okraszony tożsamym umiłowaniem. Niech je niesie ku niebu, wraz z energią naszych serc. Dziękujemy. Przemakamy doszczętnie po raz pierwszy, wyłaniając się spod skalnych parasoli. Zimno, ale trzymamy się dzielnie. Jeszcze chwila i będziemy w domu. 

niedziela, 23 lipca 2017

Ludzie chmur


'Jaki to cud, że ludzie nie nauczyli się zszywać chmur i że one mogą pływać sobie po niebie porozrywane jak chcą, zasłaniać i odsłaniać słońce, zsyłać deszcz albo ścielić się cieniem na czubkach drzew.'

B. P.

Kiedy coś idzie nie po Twojej myśli, to zmień swoje myśli

Słyszałem kiedyś przypowieść o Buddzie - Pewnego dnia przyszedł do niego uczony człowiek, prawdopodobnie kapłan, który zwrócił mu uwagę, że sprawy, o których naucza i które porusza nie znajdują się w żadnych świętych księgach, dostępnych ludzkości. Budda spojrzał na niego i odparł: W takim razie ty je tam umieść. Po chwili zakłopotania człowiek znów przemówił: Czy pozwolisz zauważyć panie, że pewne sprawy, których obecnie nauczasz są wręcz sprzeczne ze świętymi pismami? W takim razie popraw pisma - odpowiedział Budda.

Pisma są dla ludzi, a nie ludzie dla pism. Wszystkie normy, wszelkie prawa i ustalenia winny być tworzone w taki sposób, aby nam służyć, a nie nas ograniczać. I to jest podstawowa zmiana, poprzez którą musimy przebrnąć, aby zrozumieć nasze życiowe niezrozumienie. To, że coś od lat jest uznane za nienaruszalną prawdę, nie oznacza, że nie przyjdzie taki dzień, w którym ta nienaruszalna prawda zostanie zmieciona jak kurz, po którym nic nie zostanie. Tyle znaczą nasze pewniki w obliczu siły natury, siły wszechświata. Ostatecznie i tak będziemy musieli pogodzić się z nadrzędnym celem naszej egzystencji, jakikolwiek by on nie był, a nasze małe światy rozmyją się, stanowiąc tło dla czegoś większego.

Nie zawsze to, co bierzemy za pewnik, powinno mieć odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości. Czasami nasze myśli, pomysły i zamierzenia, nie są tym, czego w danej chwili potrzebujemy, a wszelkie niepowodzenia i porażki, mogą być zwyczajnym znakiem, który ma nam to uświadomić. 
Życie uczy nas bycia elastycznymi. Większość z nas nie jest świadoma potencjału, jaki w nas drzemie, toteż jesteśmy niejako zdani na "zrządzenia" losu, które bardzo rzadko idą w zgodzie z naszymi planami i myślami. Kiedy dochodzi do konfliktu pomiędzy tym czego pragniemy, a tym co otrzymujemy, nasz umysł zaczyna wariować, buntować się i reagować agresywnie na to, z czym się zderza. Zazwyczaj idziemy jego śladem i frustrujemy się, zamiast spojrzeć na daną sytuację z dystansem, analizując ją pod każdym względem.

W rozwiązywaniu wewnętrznych problemów dotyczących dogmatów, które rządzą naszym postrzeganiem świata, powinniśmy zacząć szukać nieszablonowych rozwiązań. Nawet, jeśli ktoś stawia przed nami zbrojoną, betonową ścianę (dogmat nienaruszalności świętych pism), my możemy po prostu zmienić drogę (zmienić tok myślenia) i zwyczajnie obejść ścianę lub całkowicie zmienić kierunek wędrówki. Nic nas nie wstrzymuje, nie musimy przysłowiowo uderzać głową w mur.

Co zrobić? Zmienić nastawienie, 'poprawić święte pisma' i żyć w taki sposób, aby nikt i nic więcej nie mogło Ci niczego narzucić. Wszystkie schematy życia są jedynie wzorcami, które możesz podjąć lub odrzucić i stworzyć zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny styl, dedykowany wyłącznie Tobie. Nie ma nic 'na pewno', w tym świecie nie ma nic na zawsze, a największy błąd jaki popełniamy to myśl, że cokolwiek nam tu stawia granice.

piątek, 7 lipca 2017

Energia interpretacji, która wydziela brzydki zapach

Od dziecka uczono nas interpretować – wiersze, obrazy, opowiadania, gesty, słowa – wszystkiemu nadając charakter, ściśle określony przez indywidualną wizję danego zjawiska. Wpojono nam tym samym niezwykle wyjątkową, a przy tym bardzo niebezpieczną umiejętność postrzegania jednostkowego. Bierzemy świat nie takim, jakim jest, ale takim, jakim my go widzimy. Doszliśmy w ten sposób do sytuacji, w której społeczeństwo, liczące przeszło siedem miliardów ludzi, żyje w rzeczywistości siedmiu miliardów mini światów, oddzielonych od siebie granicą tożsamości.
W czym tkwi problem? Tworząc tak wiele wątków pobocznych, zatracamy ideę wątku głównego, oszpecając go, sprowadzając do niezbędnego minimum, skutecznie zakrywając go własnymi, często fikcyjnymi zawiłościami losu. Pisząc o wątku głównym, mam na myśli świat jako spójną całość, dla której prawidłowego funkcjonowania wymagana jest kooperacja wszystkich jej elementów.
Powinniśmy być jak mrówki. Gdyby pominąć uwarunkowania naturalne i spojrzeć równolegle na oba istniejące obok siebie społeczeństwa, to różnica między nami leży głównie w sposobie organizacji, w którym te malutkie stworzenia znacząco nas przewyższają. Tworzą one coś w rodzaju jednego organizmu, złożonego z niezliczonej liczby mniejszych, które funkcjonują w harmonii. Mrówki stworzyły społeczeństwo niemal perfekcyjne, podyktowane ewolucją – człowiek, osiągając analogiczną harmonię, mógłby stworzyć społeczeństwo takie, jakie chce.
Chroniczne zapatrzenie we własne 'ja', wytwarza w nas szczególne uczucie pewności, że świat jest takim, jakim go widzimy. Stawiamy się w tym momencie w roli sędziów, którzy decydują o tym, czy coś jest złe, czy dobre, możliwe, czy niemożliwe, prawdziwe czy też nieprawdziwe. Nadajemy, z natury bezstronnej rzeczywistości, intencję, która potem oddziałuje na nas z tożsamą siłą, pomnożoną przez ilość umysłów, które korelują z jedną, wspólną myślą. Oczywiście nie zawsze się ze sobą zgadzamy, co pobudza szereg konfliktów i kłótni, u podstawy których leży błędna, jednostkowa interpretacja rzeczywistości. Małe nieporozumienia zamieniają się z czasem w wielkie, zbrojne potyczki, które najbardziej dotykają ludzi najmniej z nimi związanych. Pozornie każdy walczy o dobro i słuszną sprawę, widzianą jednak wyłącznie z własnej perspektywy, co nie pozwala dojść do porozumienia.
Wielu współczesnych nauczycieli duchowych, mistyków i filozofów sugeruje, że nierealistyczna wizja świata, którą wytworzyliśmy jest podstawową przyczyną istnienia cierpienia. Pochodzi ono z myśli, która je określa, a nie z zaistniałej sytuacji. Jesteśmy więc sami odpowiedzialni za ból, którego doświadczamy, gdyż nadajemy życiu niewłaściwą wartość. W swej naturze życie nie zawiera cierpienia, bólu, czy strachu. Nie ma w nim zła. Zło jest wytworem ludzkiej fantazji, jedną z możliwości, jakie daje nam wolna wola – prawie całkowitym odcięciem się od źródła wszelkiego życia, z którego wszyscy pochodzimy. Podstawą naszych porażek i rozczarowań jest permanentna izolacja od natury, od ducha, od serca, brak zaufania dla tego co jest i opór przed tym, co jest.






czwartek, 6 lipca 2017

No i fajno!


Totalnie nie wiem co napisać, a mimo to czuję głęboką potrzebę napisania tego. Sytuacja patowa, aczkolwiek i z takich staram się wyciągać lekcje. Nic na siłę. Kiedyś prawdopodobnie strasznie bym się denerwował z racji tego, że nie idzie mi to, co sobie zamierzyłem, teraz jednak uważam, że jest to sytuacja potrzebna, jak wszystkie inne. Jeśli tak musi być, niech tak będzie. 
Odczuwam uczucie spokoju, który zastąpił nachalne oczekiwanie na cokolwiek, na jakiś sygnał, znak, pomocną dłoń lub jakikolwiek inny bodziec, który miałby mi pomóc osiągnąć to, co chciałbym osiągnąć. Oczekiwałem, a jednocześnie frustrowałem się, że nic się nie dzieje, zastanawiając się jak długo jeszcze to potrwa. Zmiany zachodzą od środka, toteż musiałem się nieźle naczekać, ażeby w pełni zrozumieć gdzie cały czas popełniałem błąd. Mylna interpretacja pewnych zjawisk i praw rządzących naszą rzeczywistością, wprowadza nas w stan dysharmonii, kiedy sami blokujemy sobie dostęp do tego, czego pragniemy, czy to przez nieskonkretyzowane oczekiwania względem własnych potrzeb, czy też negatywną intencję towarzyszącą tym pragnieniom. 
Podstawą zachowania się w takiej sytuacji jest akceptacja miejsca i zdarzeń, wewnątrz których się aktualnie znalazłem (niezależnie od tego, czy jest to twórcza niemoc, czy też beznadziejna sytuacja materialna). Po pierwsze narzekaniem nic nie zmienię, a po drugie sam przyczyniam się do tego, co się ze mną dzieje. 
Kolejną kwestią jest nasz system wartości, autonomiczny mniej lub bardziej, poprzez który zdarza nam się osądzać nie tylko siebie, ale również wszystkich i wszystko dookoła. Nawet jeśli uważasz swoją sytuację za beznadziejną, to jestem pewien, że jest duża grupa ludzi, którzy chcieliby znaleźć się na Twoim miejscu. Nie dostrzegasz tego, gdyż jesteś całkowicie absorbowany narzekaniem na swoją perspektywę. Narzekaniem wzmocnionym przez Twój własny osąd, który z kolei bardzo szybko zamienia się w uczucie frustracji, żalu i ogólnego rozgoryczenia, które coraz częściej przelewasz na inne osoby. 
W momencie, w którym uświadomisz sobie, że to Ty jesteś w pewien sposób odpowiedzialny za wszystko co Cię spotyka, dodatkowo porzuciwszy oczekiwania i osądy, zaczynasz zakorzeniać się w chwili obecnej. Przestajesz mentalnie uciekać od rzeczywistości, która Ci się nie podoba. Spoglądasz nań z innej niż dotąd perspektywy, a to pozwala Ci dostrzec nie tylko potrzebę zaistnienia danej sytuacji (która po raz kolejny jest czymś w rodzaju lekcji do odrobienia), ale także zauważasz pewne możliwości zmiany jej. Wszystko zależy od Ciebie, to Ty decydujesz, a narzekanie i osądzanie znacząco ogranicza Ci pole widzenia, gdyż zaczynasz spoglądać na świat poprzez smutek, który przysłania Ci oczy. Kiedy tak się dzieje, rzeczy z natury neutralne, lekcje, które pozwalają Ci wiele zrozumieć, zaczynasz odbierać w sposób negatywny, całkowicie zamykając się na naukę, która poprzez nie płynie, po to tylko, byś mógł pójść dalej, rozwijać się. Kiedy wierzysz, że spotyka Cię coś złego, chcąc się przed tym bronić, oddajesz temu 'złu' swoją uwagę, nieświadomie zatrzymując się w miejscu i próbując zwalczyć problem, który istnieje tylko w Twoim umyśle. Kiedy przestajesz walczyć, problem zazwyczaj znika samoczynnie. Wszystko co wystawione na światło, staje się także światłem.
Słuchaj się tego, co podpowiada Twoje serce. Jeśli czujesz w związku z czymś wewnętrzną niezgodę, nie musisz podejmować żadnych działań. Czasami pewne rzeczy próbują zwrócić Twoją uwagę, lecz to tylko od Ciebie zależy, czy im tą uwagę ofiarujesz. Nie słuchaj też zbyt często ludzi, którzy obdarowują Cię radami, wysnutymi na podstawie ich własnych perspektyw. Umysł ludzki nie lubi 'cierpieć' w samotności, dlatego usilnie szuka sobie kompana w cierpieniu. Umysły innych ludzi nie będą zadowolone z tego, że właśnie wychodzisz spod wpływu destrukcyjnej energii. Niektórzy mogą podświadomie odradzać Ci pewne rzeczy, tylko dlatego, że sami nigdy nie zdecydują się na krok ku zmianom. Pamiętaj, nie musisz spełniać cudzych oczekiwań. Jesteś wolny, tak całkowicie, a zatem wszystko co się wydarza, zależy od Ciebie. Tak jesteś ważny i taką masz w sobie moc.

czwartek, 22 czerwca 2017

VIII. Uważam nie


W jednej chwili wydaje Ci się, że uchwyciłeś niesamowity zachód słońca, a w kolejnej uświadamiasz sobie, że nie jesteś w stanie uchwycić zjawiska, którego nie ma. Słońce nie wschodzi, ani nie zachodzi, mimo iż nasza perspektywa podpowiada nam co innego. Cóż jest prawdą? W czym tkwi problem?
Nie zawsze to co widzisz, to co słyszysz, czy to co Ci się wydaje, jest tym, co rzeczywiście jest. Umysł szlifuje nam piękno wszechświata do formy dla niego przystępnej, podając nam na tacy gotowy obraz, podparty definicjami. W jego mniemaniu wszystko jesteśmy w stanie określić. W punkcie, w którym ja się znajduję, wydaje mi się, że niczego nie można określić. Każde takowe staranie jest wyłącznie próżną próbą zrozumienia, a przy tym spłycenia bezmiaru potencjału, który manifestuje się w tle naszych codziennych decyzji. Szkoda, że go nie dostrzegamy. 
Wszystko przyjdzie z czasem, a tymczasem pozwólmy sobie na indywidualność. Niech każdy z nas pozwoli sobie spoglądać na świat po swojemu, pamiętając jednocześnie, że jest to perspektywa jedna z wielu (na prawdę bardzo wielu) innych perspektyw, z których każda jest równie ważna, a zarazem żadna nie jest do końca prawdziwa.


Chcą mi mówić czym jest życie? Choć pisali o nim książki, któż zrozumiał należycie je?







Dziękuję.

niedziela, 18 czerwca 2017

VII. Uważam nie

Życie to jeden wielki plac zabaw. Kiedy jesteśmy dziećmi dobrze o tym wiemy, lecz z czasem o tym zapominamy. Konsekwencje naszych 'dorosłych' decyzji zdają się przytłaczać nas swym bagażem emocjonalnym, wprowadzając nas w pewne zakłopotanie. Z jednej strony czujemy powinność zdarzeń, które nas dotykają, a z drugiej, jesteśmy przez nie nieszczęśliwi. Szaleństwo.
Jak się z niego wydostać? Obudź w sobie wewnętrzne dziecko - to samo, które z zaciekawieniem poznawało świat, ciesząc się każdym, nawet najmniejszym jego aspektem. Nie przejmuj się tym co mówią inni, nie przejmuj się własnym mniemaniem o sobie. Jesteś doskonały, właśnie taki, jaki jesteś. Kiedy to zrozumiesz, życie nabierze dla Ciebie zupełnie innych barw i smaków. Nie myśl, nie przejmuj się, nie przewiduj. Żyj, a wtedy życie uczyni Cię najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nawet jeżeli czegoś nie rozumiesz, może nie do końca się z czymś zgadzasz, boisz się, to mimo wszystko przełam ten impas, a przy tym programy, które zostały Ci wgrane. Powiedz życiu tak, a wtedy zaczną się dziać cuda. Jesteś swoją jedyną przeszkodą w dążeniu do rzeczy, których pragniesz. Jeśli przekonasz, a przy tym pokonasz samego siebie, wtedy nic nie będzie dla Ciebie problemem, a cały wszechświat pomoże Ci w realizacji Twoich celów. 

Kochajcie się, uśmiechajcie i dzielcie się swą pozytywną energią. Mówienie o zmianach nic nam nie da. Zmiana musi nastąpić wewnątrz nas, przekładając się na wszystkie aspekty naszej rzeczywistości. A wtedy świat staje się zupełnie innym miejscem, a my zaczynamy zauważać jego rajska naturę.

Czuję kokos i trawę cytrynową, czuje spokój i pełną akceptację, czuję miłość i radość i nic nie jest w stanie mnie dotknąć, gdyż dawno zgubiłem już swoją tożsamość. Jestem. Tańczę. Kocham.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

Projektuj każdy swój dzień!


To od Ciebie zależy, jak wygląda każdy kolejny dzień Twojego życia. To Ty jesteś Kreatorem i Stwórcą wszystkich swych wzlotów i upadków. Nie byłeś tego dotąd świadomy, uważałeś, że to los, przypadek. Nic nie dzieje się przez przypadek. Wszystko zależy od nas. To, czego pragniemy, to o co prosimy, to z jaką intencją zwracamy się do wszechświata - to wszystko ma znaczenie i wpływa na to, jakie rzeczy nas spotykają. 
Człowiek to istna karuzela doznań, jesteśmy wahadełkiem emocji, które do nas przychodzą i odchodzą, pozostawiając mniejsze bądź większe zmiany w naszym wnętrzu. To dzieje się, kiedy nie jesteś świadomy poziomu energii, na jakim zachodzą te wszystkie zależności. Jeśli jesteś natomiast w pełni świadomy i skoncentrowany na tym poziomie, zaczynasz go dostrzegać, a z czasem 'wykorzystywać' dla własnego dobra. Projektujesz każdy kolejny krok, każdy kolejny dzień w taki sposób, aby pozostawać niejako poza wpływem emocjonalnej karuzeli, która wybija Cie z naturalnego rytmu, którym jest spokój i wszechogarniająca radość. 
Jeżeli uda Ci się wyjść poza karuzelę, regulujesz swoją wibrację, nastrajasz ją w odpowiedni sposób, czyniąc swoją codzienność o wiele weselszą i lżejszą, a wtedy niezależnie od tego, co Cię spotyka w życiu, wychodzisz ku temu z pozycji pełnej akceptacji i wdzięczności za każdą, najdrobniejszą rzecz, która Cie spotyka, a której jeszcze chwilę temu, nawet byś nie zauważył. Nieważne co robisz, jeśli kontrolujesz swój poziom energii, Twoja codzienność zmienia się w niesamowitym tempie, najpierw na poziomie duchowego odczuwania, potem również w sferze fizycznej, zmieniając się, niemalże jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w rzeczywistość Tobie najbardziej odpowiadającą. Nic nie dzieje się bez powodu, toteż punktem niezbędnym do zaistnienia wszelkich cudów, musi być Twoja intencja. Żyj tak jak byś już dostał to, czego pragniesz, a wtedy wszechświat niesamowicie Cie zaskoczy. 

Miłego dnia i cudowności codziennej egzystencji, nieskażonej przemijaniem.

niedziela, 11 czerwca 2017

Festiwal Wibracje, Serock 2017

Radość kryją ludzie, których nie zwodzi umysł. Rozkosz czeka w ich wnętrzu, które źródłem jest bezkresu. Jest gdzieś społeczność, której nic nie różni, gdzie miłości czuć bezmiar i serc śpiew się niesie, kocham ludzi wciąż silnie i przestać nie umiem.
Parafraza słów Lorda Byrona, odnosząca się do natury ludzi, jest dla mnie idealną interpretacją wydarzeń, które manifestowały się podczas pierwszej edycji Festiwalu Wibracje, zorganizowanego przez miesięcznik Nieznany Świat, a którego osobiście miałem okazję doświadczać, za co jestem ogromnie wdzięczny.
Jak było? Ciężko to ubrać w słowa. Festiwal był jak jedna, wielka niespodzianka urodzinowa, którą każdy z nas dostał ot tak, po prostu. Teren imprezy zamienił się w niesamowitą wioskę pokoju, tolerancji i wzajemnej współpracy, gdzie każdy był otwarty na drugiego człowieka, wszyscy się uśmiechali, przytulali bez powodu. Rzec by można, że powariowali. I racja! Zwariowaliśmy, a wraz z nami cały świat, który śmiejąc się, niewinnie jak niemowlę, eksponował swą najpiękniejszą i najprawdziwszą stronę - światłość.


Zabawa i nauka poprzez zabawę, to najprzyjemniejsze i zarazem najefektywniejsze formy spędzania czasu. Jeśli bowiem człowiek się bawi, to jest szczęśliwy, a wtedy również i ciekawszy świata, który go otacza. Ciekawość nie wynika jednak z potrzeby rozumu, który chce wiedzieć jak coś nazwać, ale z potrzeby serca, która pozwala wejrzeć nań z zupełnie innej perspektywy. Festiwal Wibracje 2017 był kompozycją nauki i zabawy, gdzie każdy uczestnik mógł ją sobie odpowiednio wyważyć, tak by najbardziej mu pasowała.


W porannych godzinach, na scenach plenerowych, mogliśmy rozpoczynając dobry dzień, pomedytować, w trakcie ćwiczeń jogi kundalini, bądź jogi śmiechu. Jeśli komuś nie odpowiadała praca w grupie, mógł z powodzeniem odejść trochę i ćwiczyć w samotności - każdemu wedle miary jego.


Po ćwiczeniach, czas na pokarm duchowy, tym razem w postaci Jerzego Opary i jego kursu pranicznego. Nie nazywam wystąpienia wykładem, gdyż dalece wykroczyło ono poza jego ramy. Nauczyliśmy się bowiem prostych technik samoregeneracji i uzdrawiania naszego ciała na poziomie energetycznym, które już po chwili mogliśmy stosować.


Nauka również zaznaczyła swój akcent, toteż i umysł mógł zostać zaspokojony. Powyżej Jacek Sokal, podczas wykładu o fizyce wszechświata, w którym udowodnił, że nauka i duchowość mogą w końcu mówić spójnym głosem, a wcześniejsze nieporozumienia między tymi sferami, wynikały głównie z ich dogmatyzacji i braku możliwości wyjścia poza dany dogmat, gdyż został on uznany za nienaruszalny pewnik. Jednym z punktów omawianych w trakcie wystąpienia, była kwestia stworzenia świata, które było konsekwencją myśli, jaka zaistniała w umyśle Stwórcy, który zapragnął poznać Siebie. Będąc dosłownie wszystkim, nie miał on zewnętrznego punktu odniesienia, który mógłby mu rozjaśnić jego pytanie, toteż musiał rozrzedzić swą gęstość - porzucić chaotyczne algorytmy i uporządkować pewne potencjały, w wyniku zderzenia których, mógł uzyskać indywidualność (obserwatora indywidualnego). Pozostając świadomym ogromu swego potencjału, musiał wykreować ogromną ilość obserwatorów. Biorąc pod uwagę fraktalną naturę naszej rzeczywistości, punktem wyjścia do wszelkiego poznania świata i siebie samego, jest analogiczne wtopienie się w swoje wnętrze. Człowiek nosi w sobie odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące wszechświata.


Powyżej Jacek Sokal w trakcie analogicznego wykładu o fizyce wszechświata, w trakcie imprezy Harmonia Kosmosu w roku 2015.


Obok 'kwantowego wykładu' najbardziej emocjonalnym spotkaniem była dla mnie prelekcja szamana i uzdrowiciela Mao, który mówił z poziomu źródła, sam stając się jedynie pośrednikiem głębi, która do nas przemawiała. 'Nie potrzebujecie guru, nie potrzebujecie szamanów, nauczycieli, wy sami jesteście guru, jesteście swoimi drogowskazami. Wszystko zależy od was, to jest wasz wybór.' Prócz nieocenionych wskazówek dotyczących funkcjonowania w świecie, podzielił się z nami także swymi rozpoznaniami wewnętrznymi. Zwracał szczególną uwagę na energię kobiecą, to, w jaki sposób się ona manifestuje oraz jak powinien z nią współgrać mężczyzna. Zasugerował również, aby nieco inaczej spojrzeć na relacje pierwotnych, Adama i Ewy. Wedle jego wewnętrznego przeczucia, Ewa nie była żoną Adama, lecz jego matką, a tym samym pierwszym człowiekiem stworzonym przez Boga. Mao wspomniał również o brazylijskich lasach, które przestały istnieć tylko po to, by ktoś mógł zmienić je w papier toaletowy. To nasz wybór. To nasza cywilizacja. Bądźmy bardziej świadomi swoich decyzji.

Ciekawym psikusem organizacyjnym festiwalu był tożsamy czas poszczególnych wykładów i warsztatów. Coś pozornie dyskomfortowego i nieprzemyślanego, pozwalało jednak na tworzenie autorskich bloków edukacyjno-ćwiczeniowych, które mogły się powtarzać lub być zupełnymi indywidualnościami. I tak jednego dnia mogliśmy rozpocząć zabawę, uczestnicząc w niezwykłej formie tanecznej medytacji MA-URI - holistycznego systemu uzdrawiania, zaczerpniętego z polinezyjskiej wiedzy ezoterycznej, który opiera się na przeświadczeniu, że cała wiedza potrzebna do samouzdrawiania znajduje się w naszych ciałach i tylko poprzez pracę z ciałem, możemy osiągnąć właściwy stopień autoregeneracji. MA-URI harmonizuje nas na każdym poziomie postrzegania: fizycznym, psychicznym, emocjonalnym i duchowym, pozwalając otworzyć się na życie, na zrozumienie, wejrzeć głębiej w świadomość istnienia i odblokować wszystko to, co w jakikolwiek sposób czyni nam przeszkodę.
Zajęcia MA-URI były niesamowicie intensywne, ani przez moment nie pozostawaliśmy w bezruchu, co pozwoliło fenomenalnie nastroić się na dalszą część dnia. Jeśli komuś jednak nie odpowiadał taki początek, mógł wybrać się na poranną medytację, połączoną z krótkim wykładem o świadomości żywieniowej, głodzie i uzależnieniach, z którego dowiedzieliśmy się m.in., że głód niekoniecznie musi być efektem braku pokarmu, czy też chęci na jego spożycie. Jego źródło może leżeć zupełnie gdzie indziej i być warunkowane np. przez emocje, które z jakiś powodów nagromadziły się w naszym wnętrzu.


Poza wymienionymi wyżej warsztatami, odbyło się o wiele więcej spotkań z osobami, które w pewnym momencie zaczęły stawiać określone pytania, dotyczące otaczającego ich świata. Poza tym, nie umniejszając w żaden sposób prelegentom, każda rozmowa, każde spotkanie i każdy wymieniony uśmiech z osobami, które uczestniczyły w festiwalu, był jak wykład o naszej duchowości, o tym jak żyć i jak nie żyć. Każda osoba niezależnie od płci, wieku, pochodzenia i bagażu doświadczeń, jaki ze sobą niesie, była źródłem wiedzy, inspiracji i wzajemnego wsparcia.
W trakcie wolnym od wykładów mogliśmy zrelaksować się, medytując lub tańcząc, przy akompaniamencie gongów lub afrykańskich bębnów, napić odżywczego shake'a, zjeść zdrowy, organiczny obiad. 


W specjalnie przygotowanej strefie 'handlowo-usługowej' można było nabyć interesującą literaturę, słowiańskie szaty, lniane koszule, energetyczne kryształy, bądź też niezwykle interesujące instrumenty, tworzone ze starych, nieużywanych już butli gazowych. Poza tym za niewielką opłatą można było zrobić sobie niesamowite tatuaże z henny lub zregenerować się leżąc w kryształowym łóżku Jana od Boga. 



W specjalnie przygotowanej jurcie odbywały się zajęcia dla dzieci, w których mogły one aktywnie uczestniczyć, tworząc, a przez to rozwijać swoją wyobraźnię. Zajęcia jogi rodzinnej pozwalały z kolei oczyścić i zsynchronizować relacje pomiędzy dziećmi i rodzicami, zapewniając ogromną porcję śmiechu i zabawy dla każdej ze stron. 


Wieczorami dominowała pierwotna muzyka, czy to ta specjalnie przygotowana, na scenie plenerowej, czy też całkowicie spontaniczna, przy ognisku, wspólnych śpiewach i rozmowach do białego rana.



Pierwsza edycja Festiwalu Wibracje, która odbyła się w Serocku, była dla mnie wielką niewiadomą. Kiedy wyruszaliśmy, nie spodziewałem się niczego, chciałem całkowicie porzucić oczekiwania i nastawienia, by się nie rozczarować. O rozczarowaniu nie było jednak mowy, mimo, iż cała impreza była nieprzetarta, a momentami niezorganizowana (zbyt małe sale treningowe, zbyt wielu zainteresowanych, nakładające się na siebie wykłady oraz konieczność rezygnacji z jednego, na korzyść drugiego). Festiwal był jednak tylko pretekstem do zaistnienia pewnej magicznej więzi, pomiędzy jego uczestnikami. Więzi, która pozwoliła nam stworzyć niesamowitą atmosferę harmonii, współpracy i wdzięczności, w której wszyscy byli dla siebie przyjaźni, otwarci i uśmiechnięci. Ludzie z zupełnie innych miejsc, środowisk i kultur, potrafili ze sobą współgrać, współistnieć bez jakiejkolwiek potrzeby dominacji nad innymi, czy wmawiania im swoich racji.
Rozmawialiśmy, tańczyliśmy, patrzyliśmy na siebie, a nie na historie, które nam przez jakiś czas towarzyszą, a które ostatecznie zostawiamy daleko za sobą. Byliśmy braćmi i siostrami, jesteśmy braćmi i siostrami, a otwartość osób, które poznałem na festiwalu, jest dla mnie dowodem na to, że to najlepszy punkt wyjścia, dla wszelkich zmian, które w nas zachodzą. Jesteśmy jednością. Największym sukcesem Festiwalu Wibracje jest więc zjednoczenie i harmonia, które dzięki nam mogły się manifestować. Wszystkie okoliczności temu towarzyszące, były tylko formą dodatku, jednakże bardzo istotną, ze względu na fakt, iż to właśnie poprzez taką, a nie inną formę, mogliśmy tej jedności doświadczyć.
Dziękuję organizatorom, autorom miesięcznika Nieznany Świat, za przybliżenie mi świata takiego, jakim on rzeczywiście jest i pokazanie, że czasami wystarczy zwyczajnie powiedzieć życiu tak, by móc doświadczać jego wspaniałości. Dziękuję wszystkim uczestnikom i każdemu z osobna, a w szczególności kilku z nich, za pokazanie mi, że nie jestem sam, że są na tym świecie ludzie, którzy niosą w swych sercach światłość, pozwalającą przejść najciemniejszy mrok. Jesteśmy ziarnem ludzkości, które ma wznieść się ponad wszelkie dotychczasowe ograniczenia i wymyślone schematy. Jesteśmy ziarnem, które ma rozkwitać i czynić ten świat prawdziwszym. Dziękuję Wam za możliwość współdziałania i współdzielenia się tym wszystkim, co na nas czeka. Wszystko leży w naszych rękach. Mamy siłę, której nic nie jest w stanie zatrzymać. Decydujmy więc świadomie i pozwólmy cudom przytrafiać się. Świat jest na prawdę cudownym miejscem. Wy jesteście cudowni! Kocham Was! 

piątek, 9 czerwca 2017

Pieśń Boga

Tolkien stwierdził, na podstawie Mitologii Nordyckiej, 
że świat został przez Boga wyśpiewany. 
Jesteśmy Pieśnią Boga. 
Cóż nam teraz może uczynić niepokój? :)

Kocham Was!

piątek, 26 maja 2017


Czego się wstydzą?
Twych pól usłanych złotem?
Czerwieni maków polnych?
Któż mądry zmierzył wielkość Twoją, 
by nadać jej właściwą treść?
Mieszają imię Twoje z błotem,
potomni tych, co za Twą rzecz,
składali krew i imię swoje, 
dziś taka im ostała cześć.

Lecz jest w nas duch, co wszystko przetrwa
i przyjdzie dzień, gdy zbudzi się
i zmyje z serc nam czar szaleństwa,
w ramiona Twoje zwróci je.
I przejrzy każdy, kto z Twej ziemi,
i w drugim znów zobaczy brata,
a Ty powrócisz na swe miejsce,
by znów latarnią być dla świata.

czwartek, 25 maja 2017

Efekt Ebner'a i Zderzak Łągiewki

Wydawałoby się, że nasz świat rozwija się w niesamowitym tempie. Każdy nowoczesny człowiek prawi peany na cześć rozwiniętej cywilizacji, która winna być przykładem dla innych istot. Niewiarygodne. Zastanawiające jest to, co czują osoby, które tak głęboko wierzą w słuszność tej sprawy. Nie chcę filozofować. Nie tym razem. Zapytanie płynie prosto z serca..? Może trochę z żalu, który swą obecnością zaznaczył, że nie wszystko jeszcze wyjaśnione. Skoro tacy jesteśmy wysoko rozwinięci, dlaczego nikt nie poczynił żadnych kroków, ażeby stworzyć wiekową żarówkę, która raz zamontowana będzie funkcjonować nieprzerwanie. Dlaczego nie wymyślono powłoki izolującej nasze ciało - swoistego kombinezonu, który chroniłby nas przed zmianami temperatury, tak byśmy nie musieli nosić tak wielu ubrań? Dlaczego nie dąży się do stworzenia trwałych pojazdów, których użytkowość przekroczy dekady, po to m.in. by ograniczyć ilość produkowanych odpadów? Dlaczego wciąż naprawiamy te same drogi?  Dlaczego wciąż popełniamy te same błędy? Czyżby nie dało się inaczej? A jeśli się da, dlaczego nikt nie chce spróbować?

Przybyły do mnie dwa filmy dokumentalne, które w bardzo logiczny sposób, poparty dowodami i doświadczeniami, udowodniły mi, że od wielu lat pojawiali się ludzie o ponadprzeciętnych umysłach, którzy próbowali przysłużyć się ludzkości, usprawniając funkcjonowanie poszczególnych dziedzin naszego życia. Niestety wszelkie ich próby kończyły się zazwyczaj w sposób dość dziwny, niepowodzeniem lub przywłaszczeniem ich pomysłów. Jednym z najsłynniejszych geniuszy, któremu brutalnie odebrano możliwość rozwoju swoich pomysłów był Nikolai Tesla, lecz tym razem nie o nim. 

Pierwszy dokument traktował o metodzie pozwalającej m.in. znacząco zwiększać jakość i obfitość plonów rolnych, wyhodować wymarłego przodka ówczesnej paproci, a także przywrócić naturalną formę pstrąga, sprzed hodowlanych krzyżówek. Stworzona, przez dwóch wynalazców: Schurch'a i Ebner'a, metoda wykorzystywała pole elektrostatyczne, które oddziałując na żywe organizmy, prowadziło do skoków ewolucyjnych w przeszłość od kilkuset, do nawet kilkuset tysięcy lat. Jest to możliwe, dzięki informacji genetycznej wszystkich minionych form, zapisanych w kodzie DNA każdego żywego organizmu. Dzięki działaniu pola elektrostatycznego możliwe jest ich ponowne przywołanie do ekspresji. Wynalazek mógł zrewolucjonizować uprawę i hodowlę, przyspieszyć wzrost, poprawić jakość, ilość, a tym samym nakarmić więcej ludzi, lepszym jedzeniem, przy mniejszych kosztach produkcji i utrzymania. Mógł, bo niedługo po zgłoszeniu patentu, firma, dla której pracowali wynalazcy, zaprzestała całkowicie dalszych doświadczeń i jakichkolwiek działań, w celu rozpowszechnienia i rozwinięcia tzw. efektu Ebner'a. Dopiero po wygaśnięciu licencji patentowej, syn Ebner'a zaczął na własną rękę dzielić się możliwościami wynalazku swojego ojca.


Drugi dokument opisuje historię polskiego wynalazcy samouka, który mógł zrewolucjonizować branżę motoryzacyjną. Stworzył on niesamowity zderzak, pochłaniający siły, powstające podczas uderzenia samochodu w przeszkodę lub inny samochód. Jego wynalazek zapewniał niezwykle efektywną ochronę i amortyzację w trakcie zderzeń samochodu jadącego z prędkością nawet 60km/h. Pan Lucjan Łągiewka słusznie zauważył, iż fundamentalne prawa Newtona odnoszą się i sprawdzają jedynie w przypadku oddziaływania tylko i wyłącznie dwóch mas. Kiedy w oddziaływaniu biorą udział już trzy masy, procesy zachodzące pomiędzy nimi mają zupełnie inny charakter, przy którym żadne z praw Newtona, nie ma zastosowania. Fizyka klasyczna nie ma więc nic wspólnego z siłami powstającymi przy udziale trzech lub więcej ciał, które oddziałują na siebie. Jakie to mogłoby mieć przełożenie na zrewolucjonizowanie motoryzacji? Wynalazek Łągiewki pozwalał na kontrolowanie przyrostu sił uderzeniowych i bezwładnościowych, powstających podczas zderzeń samochodów nawet z dużą prędkością (po spełnieniu odpowiednich warunków technicznych). Mówiąc prościej, stworzył on zderzak, który mógł uczynić nasze samochody o wiele trwalsze i bezpieczniejsze, przy odpowiednim rozwoju jego odkrycia, być może niezniszczalne. Przełożyć się to mogło nie tylko na wzmocnienie trwałości samochodów, ale również większą przeżywalność uczestników wypadków drogowych. W skali roku, to nawet kilkaset tysięcy osób.
Na samym początku mało kto wierzył w możliwość istnienia sił, wykraczających poza fizykę klasyczną, o których mówił Łągiewka. Wyszydzano jego twierdzenia o możliwości ich kontrolowania. Po serii doświadczeń, wykładów i transmisji, kiedy w końcu uznano jego wynalazek za prawdziwy i przyjęto możliwość istnienia obszaru fizyki i mechaniki dotąd pomijanej przez świat nauki, zaczęło się nim interesować wojsko oraz służby specjalne, co poskutkowało natychmiastowym blokowaniem informacji, wycofywaniem zapowiadanych wystąpień i objaśnień dotyczących 'efektu Łągiewki', a wreszcie konfiskatą wszelkich materiałów, urządzeń i modeli wykorzystywanych do doświadczeń ze zderzakiem pana Lucjana.





poniedziałek, 22 maja 2017

VI. Uważam nie

Od dziecka uczono nas interpretować – wiersze, obrazy, opowiadania, gesty, słowa – wszystkiemu nadając charakter, ściśle określony przez indywidualną wizję danego zjawiska. Wpojono nam tym samym niezwykle wyjątkową, a przy tym bardzo niebezpieczną, umiejętność postrzegania jednostkowego. Bierzemy świat nie takim, jakim jest, ale takim, jakim my go widzimy. Doszliśmy w ten sposób do sytuacji, w której społeczeństwo, liczące przeszło siedem miliardów ludzi, żyje w rzeczywistości siedmiu miliardów mini światów, oddzielonych od siebie granicą tożsamości.

W czym tkwi problem?
Tworząc tak wiele wątków pobocznych, zatracamy ideę wątku głównego, oszpecając go, sprowadzając do niezbędnego minimum, skutecznie zakrywając go własnymi, często fikcyjnymi zawiłościami losu. Pisząc o wątku głównym, mam na myśli świat jako spójną całość, dla której prawidłowego funkcjonowania wymagana jest kooperacja wszystkich jej elementów.

Powinniśmy być jak mrówki. Gdyby pominąć uwarunkowania naturalne i spojrzeć równolegle na oba istniejące obok siebie społeczeństwa, to różnica między nami leży głównie w sposobie organizacji, w którym te malutkie stworzenia znacząco nas przewyższają. Tworzą one coś w rodzaju jednego organizmu, złożonego z niezliczonej liczby mniejszych, które funkcjonują w harmonii. Mrówki stworzyły społeczeństwo niemal perfekcyjne, podyktowane ewolucją – człowiek, osiągając analogiczną harmonię, mógłby stworzyć takie społeczeństwo, jakie tylko zapragnie.

Napój wojowników słowiańskich

Ostatnimi czasy mą uwagę niezwykle absorbuje historia Słowian, naszej domniemanej świetności i potęgi, która nie miała sobie równych, a która w podstępny i odgórnie sterowany sposób, została zniszczona poprzez czar zapomnienia. W strachu przed jej ponownym odbudowaniem, naszą historię zatarto i przeinaczono, abyśmy nigdy nie zdołali dotrzeć do prawdy o naszym pochodzeniu, a tym samym nigdy nie zdołali wypełnić pokładanych w nas nadziei. 

Nie oceniam - poddaję pod dyskusję - aczkolwiek jeżeli choć część z elementów tej niezwykłej historii jest prawdziwa, to po pierwsze - mamy siłę, której nie sposób zrozumieć, ani określić, a po drugie - ktoś nas sprytnie zakuł w okowach nieświadomości, próbując wpoić nam niechęć do własnej kultury i wstyd za nasze tradycje wypełniające praktycznie  każdą dziedzinę naszego życia. 

Jednym z aspektów takowej manipulacji i wypierania naszych tradycji ma być, kultywowana od lat, wojna koncernów farmaceutycznych i firm przemysłowych z naturalnymi metodami leczenia i utrzymania zdrowia. Prócz zakazów wykorzystywania ziołolecznictwa, naturalnej obróbki i przechowywania pożywienia - metod, które znamy, pozostaje szeroka gama możliwości, których nie poznaliśmy, gdyż nikt nie poświęca uwagi na rozwój tej dziedziny życia ludzkiego, presja społeczna zamknęła wielu osobom usta, a pisemnie utrwalone informacje zostały bezmyślnie zniszczone i gdyby nie upór pewnych jednostek, prawdopodobnie całkowicie zaufalibyśmy myśli, że człowiek jest inteligentniejszy od natury - siły, która go stworzyła. Nie jest. W dodatku wszystko powtarza. Nie ma na świecie rzeczy stworzonej przez człowieka, która nie byłaby inspirowana naturą. Mówię tu o rzeczach użytkowych, a nie pomnikach stawianych ku czci ludzkiej próżności.

Jednym z takich małych plagiatów okazał się być, ku mojemu zaskoczeniu, napój ogólnie przyjęty za 'energetyka'. Me zaskoczenie wynikało z przekonania, iż odpowiednio utrzymany organizm nie potrzebuje żadnego doładowania, aczkolwiek szybko to skorygowałem - w końcu zdarzają się w życiu takie sytuacje, które wymagają dodatkowego, często nadludzkiego wysiłku. 

Natura znów nie pozostawia człowieka bez odpowiedzi, nie jest on zdany na samego siebie. Dostaje składniki, musi wykazać się odrobiną wysiłku i cierpliwości, a w zamian otrzymuje spotęgowaną miłość, manifestującą się w bezgranicznej pomocy, jaką otrzymujemy od sił natury, jeśli tylko odpowiednio o nią poprosimy. Nie wiem w jaki sposób robili to Prasłowianie, ale dzięki uporowi i wiedzy jednej z tych osób, których ust nie dało się zamknąć, wiem jak mogę obecnie w prosty sposób przyrządzić sobie naturalny energetyk, o wiele efektywniejszy niż przemysłowe podróbki.

Sposób przygotowania 
Na rozgrzaną patelnię wsypujemy jęczmień. Prażymy go przez kilka minut, aż do podgrzania ziarna. Kiedy zaczyna ono intensywnie pachnieć, wsypujemy je do szklanego pojemnika. Dodajemy suszone jabłka (ważne, aby były to owoce z pewnego źródła, bez sztucznych dodatków, nawozów, czy lakierów, które często znajdują się na owocach dostępnych w marketach. Jabłka suszymy w całości, toteż warto zadbać o to, aby również ich skórka była jak najlepszej jakości. Proporcja składników to około dwóch garści jęczmienia, na dziesięć garści jabłek. Otrzymaną mieszankę zalewamy oskołą, czyli sokiem z brzozy. Napój odstawiamy na okres dwóch tygodni, w chłodne i ciemne miejsce. Pojemnik, w którym znajduje się nasza mikstura, pozostawiamy otwarty.   




niedziela, 21 maja 2017

Rzepakowa sałatka


Tak długo wyczekiwana przez nas poprawa pogody, dynamicznie pobudziła do życia naturę, która rozkwitła wszelkimi swymi barwami, lasy malując milionem odcieni zieleni, łąki zdobiąc tęczowym kwieciem, pola kryjąc żółtym, rzepakowym dywanem, który nie dość, że wspaniale wygląda, manifestując niezwykle żywą barwę, to dodatkowo pięknie pachnie. Znajdując się w towarzystwie rzepakowych pól, zdawało mi się, że przyciągają mnie one swymi walorami, zachęcając do uważniejszego przyjrzenia się im. Podszedłem więc bliżej..

Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zasmakować rzepaku. Smakuje jak młodziutki liść kapusty, muśnięty kroplą miodu - intrygujący smak, który automatycznie nasunął mi pomysł survivalowej sałatki, którą możemy przyrządzić dosłownie wszędzie, przy odpowiednim dostępie do jej składników, nie potrzebujemy niczego, prócz odrobiny wysiłku. Wystarczy zerwać satysfakcjonującą nas ilość żółtych, rzepakowych liści, odrobinę szczawiu, lubczyku, mięty, szczypioru, dodać do tego posiekany rabarbar oraz pomidora. Jeśli akurat nie mamy pod ręką któregoś ze składników, możemy śmiało zastąpić go innym, tu nie ma musików. Wszystko zależy od nas. 


czwartek, 18 maja 2017

Świat pędzi jak dziki, ja stoję jak wryty

Parafrazując słowa Franza Kafki, można by rzec, że coś usilnie odwraca naszą uwagę, a my nie mamy nawet czasu zorientować się od czego. Wymowny obraz rzeczywistości gloryfikowanej przez głośniejszą część społeczeństwa. Dajemy się zwodzić, nie mając świadomości tego, że jesteśmy manipulowani przez sieć naszych oczekiwań, tożsamości i wizji samych siebie. 
Nierealistyczna percepcja życia jest podstawą naszych obaw, które nakazują nam poszukiwać siebie w iluzorycznej metaforze życia, jaką stał się nasz doczesny świat. Żyjemy w sferze iluzji związanej z myślowym schematem naszych osobowości. Jesteśmy punktami odniesienia w oczach innych osób, które stały się dla nas wymiernikiem naszego jestestwa. Rozpraszamy się, ekspansja naszego egotycznego umysłu nabiera tak szaleńczego tempa, że zaczyna nas powoli przytłaczać. Cały czas gonimy za tym, przed czym tak skrupulatnie uciekamy. Pragniemy żyć, być szczęśliwi, chcemy kochać, a już dawno zatraciliśmy poczucie tych wartości, na rzecz ulotnych przyjemności, którymi zaśmiecamy nasze dusze. Co jest grane? Kiedy otrząśniemy się z tego szaleństwa? Kiedy wreszcie zrozumiemy, że naszym jedynym celem jest harmonia?

'Zmarnowałem podeszwy w całodziennych śpieszeniach.
Teraz jestem słoneczny siebie pewny i rad.
Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach.
Stawiam kroki milowe, zamaszyste jak świat'




 

wtorek, 16 maja 2017

Pomysł na pomieszaną sałatkę


Jak zwykle wszystko przebiegło spontanicznie - chwyciłem kiełki fasoli mung, ciecierzycy i soczewicy trzech gatunków, dodałem miechunkę, gruszkę, brzoskwinię oraz namoczone jagody goi. Z domowych zapasów wykorzystałem suszone jabłka, słonecznik i świeżą sałatę. Posiekałem, pomieszałem i gotowe. Nie minął kwadrans. Oto sałatka, która sama do mnie przyszła.


Miechunka, nazywana również złotą jagodą Inków, jest bogatym źródłem witaminy A, B i C. Zawiera w sobie również związki o działaniu antyoksydacyjnym oraz minerały (wapń, żelazo i fosfor). Miechunka korzystnie wpływa na ludzki wzrok, wspomaga układ odpornościowy i krwionośny (wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych i oczyszcza krew), obniża ciśnienie, wzmacnia stawy i kości. Wpływa ona ponoć także na zwiększoną odporność na stres, oczyszczenie umysłu i poprawę nastroju. W medycynie ludowej wykorzystywana jako środek moczopędny i przeciwzapalny.

poniedziałek, 8 maja 2017

V. Uważam nie

Każda religia – a przynajmniej każda, którą poznałem – obiera sobie za cel – świadomy bardziej lub mniej – izolację człowieka od Boga. Dostąpienie jego łaski zawsze jest ściśle uwarunkowane czynnikami zewnętrznymi, a on sam pozostaje wizją odległej przyszłości. Ktoś, kogo obecność miała być jedynie nagrodą – wynikiem metody prób i błędów w zagadkowym labiryncie rozumienia ludzkiej natury, od zawsze wydawał mi się być kimś mało przekonującym, żeby nie powiedzieć mało prawdziwym. Wychowywany w wierze katolickiej, miałem żyć i powtarzać w kółko to, co w kółko powtarzali mi dorośli. Coś mi jednak w tym układzie nie grało. Już będąc w drugiej klasie szkoły podstawowej, dostrzegałem wiele błędów i hipokryzji takiego systemu wiary. Nie zaszczepiano we mnie bowiem tych wszystkich wartości, o których mnie uczono. Nie pokazywano mi ich na przykładzie. Miałem się po prostu uczyć na pamięć i powtarzać kolejne przykazania, przy okazji chodząc jak w zegarku. Ludzie, którzy mówili mi o Bogu, w znaczący sposób przyczynili się do mojej izolacji od niego. Wyjątkiem była moja mama, w której rzeczywiście od zawsze czułem energię Boga. Wszystkie inne osoby powodowały rosnącą niechęć i zobojętnienie w stosunku do mojej, już głównie iluzorycznej, wizji Boga.

Co do samej istoty wiary, to jest ona, według mnie, strasznie źle zrozumianym zjawiskiem, gdyż sam zamiar wiary jest dobry, natomiast efekty jakie przynosi są dalekie od zamierzonych. Wierzyć powinniśmy przede wszystkim lub jedynie w samego siebie i poprzez samego siebie spoglądać na wszystko inne. W określeniu "samego siebie" nie doszukuję się jednak wyimaginowanej formy ja, określonej imieniem i nazwiskiem – czegoś, czego w gruncie rzeczy nie ma i nigdy nie było. Próbuję raczej skojarzyć to z moim wnętrzem, źródłem z którego się wywodzę i poprzez które dzieje się wszystko, czego doświadczam. Źródłem, które jest jedyną prawdą, istotą życia skupioną na teraźniejszości, chwili która trwa nieprzerwanie i niezachwianie, nie mając początku, ani końca. Źródłem, które w wielu różnych kulturach, poprzez niezliczone formy kolorytu i kształtu, określane tak wieloma imionami, zawsze kojarzyło się ludziom z Bogiem. Gdzie bowiem ma mieszkać Bóg, jeżeli nie w nas samych, w naszych sercach, w naszych duszach. Być może każda, potencjalnie odrębna duszyczka jest małą, aczkolwiek niezwykle istotną częścią składającą się na bezkresną i wieczną duszę Boga.

Kiedy zniwelowałem dystans dzielący mnie od Boga, doświadczyłem jego prawdziwej natury – natury własnego jestestwa. Dotąd mierzyłem go przez pryzmat tego, co o nim słyszałem, a co wyryło mi w umyśle wizję siwobrodego starca, rozdającego bilety do nieba. Kiedy porzuciłem to złudzenie, Bóg zaczął chadzać ze mną ramię w ramię, każdego dnia, w każdej chwili, towarzysząc mi w każdej sekundzie mojej ziemskiej wędrówki. Zacząłem dostrzegać go wszędzie, dosłownie – wewnętrznie i zewnętrznie – jest mocą, która otula swym rodzicielskim uściskiem każdą żyjącą, nawet pozornie nieożywioną istotę, która manifestując siebie, daje niepodważalne świadectwo, którego wszyscy tak bardzo szukają, nie umiejąc go dostrzec.

Więcej o Bogu nauczyły mnie kwiaty i drzewa, niż kapłani w kościołach.