wtorek, 14 marca 2017

Sokowirówka

Niewiele jest płaszczyzn porozumienia pomiędzy nowoczesną technologią, nastawioną na konsumpcyjny tryb życia ówczesnych ziemian, a naturalnym dobrodziejstwem ich matki. Zazwyczaj technologia próbuje wypierać naturę, pozornie bazując na jej źródłach, całkowicie lub częściowo mutując jej naturalizm w coś pozornie przydatnego i zrozumiałego, co w moim odczuciu jest zwyczajnie efektem wynaturzonej ludzkiej próżności.

Niewiele jest wynalazków, które nie rezygnują z naturalnych uwarunkowań czy produktów pochodzenia naturalnego, a ponadto korzystnie je wykorzystują. Do tej wąskiej grupy zaliczyłbym rower, który jest według mnie jednym z ciekawszych rozwiązań ludzkości, zarówno przez wzgląd na swoją prostotę, funkcjonalność, a także powszechność. Nie o nim jednak rzecz.

Sokowirówka jest jednym z tych pozytywnych wynalazków, z których chętnie korzystam, a który łączy w sobie dary matki natury z twórczą inwencją umysłu ludzkiego. Efektem takowego romansu jest wypełniony po brzegi dzbanek fantastycznej, wręcz kipiącej zdrowiem mieszanki warzywno-owocowej, która zachwyca paletą barw, smaków oraz różnorodną kompozycją witaminowo-mineralną.

Bazowym składnikiem naszego dzisiejszego soku będzie marchew oraz jabłko. Sok z marchwi, z racji swego strukturalnego podobieństwa do ludzkiej krwi, może śmiało zastąpić codzienną porcję mleka, które według mojej wiedzy, wcale nie jest tak wartościowe, jak się nam wmawia. W towarzystwie marchwi wystąpi dziś jabłko, z racji swej popularności i ogólnego dlań uwielbienia. Taki duet mógłby stanowić codzienną podstawę naszej diety, zapewniając nam dawkę witamin i minerałów, wzmacniających nasz organizm na wielu jego poziomach, skutecznie chroniąc go przed wieloma infekcjami i chorobami, w tym najgroźniejszym ówczesnym zagrożeniem - nowotworem. Do tego duetu dorzuciłem śliwki, których właściwości pomogą ustrzec się przed zaparciami i miażdżycą, a dodatkowo wzmocnią marchewkowe działanie przeciwnowotworowe. Kolejnymi elementami naszej dzisiejszej układanki są seler i pietruszka, oczywiście w części korzennej. Do części naciowej, zdecydowanie polecałbym blender. Pietruszka i seler to gwarancja wzmocnionej odporności, ale również korzystnego wpływu na narządy wewnętrzne oraz wzmocnienia włosów, skóry i paznokci. Na koniec dość zaskakujący duet, który uzupełni nasz dzisiejszy sok - pomarańcza w parze z kalafiorem. Niespodziewane zestawienie, ale któż mi zabroni? Zaznaczę, że kalafior wykorzystałem razem z oplatającymi jego główkę liśćmi, które nadały całości intensywnego aromatu i smaku. Zawarte w nim składniki chronią ludzki organizm przed wrzodami oraz reumatyzmem. A pomarańcza, jak to pomarańcza, wspaniale smakuje, do tego jest swoistą bombą witamin i energii, która pobudza nas do uśmiechu;)

A teraz pomyśl.. prawdopodobnie nigdy w życiu nie zjesz surowego kalafiora w połączeniu z pomarańczą. Brzmi to dość irracjonalnie i mogłoby to zwyczajnie być nieco skomplikowane. A tak, chwila pracy, trochę bałaganu oraz własnej inwencji twórczej i masz niezwykły, zdrowy i smaczny sok, który doładuje Cię niezbędnymi dla zdrowia składnikami.

niedziela, 19 lutego 2017

Obiad nieprzemyślany

Nie należę do osób, którym w smak jest napawać się pięknem przygotowywanych przez siebie potraw, ich smakiem, aromatem, czy sposobem podania. Według mnie najlepiej podane zostało nam to, co wisi na drzewach i krzewach i czeka, byśmy zechcieli nań spojrzeć. Nie lubię przygotowywać, doprawiać, łączyć i przełamywać. Lubię gdy jest szybko, możliwie jak najbardziej 'surowo', przy jednoczesnym zminimalizowaniu bałaganu, powstałego w trakcie przygotowywania pokarmu.

Moja ostatnia kombinacja jest banalnie prosta w wykonaniu, nie wymaga wielkiego nakładu sił, ani czasu, a i smakiem swym nie pozostawia żadnych zastrzeżeń.

Pieczone bataty z zieloną sałatką
Do przygotowania nieprzemyślanego obiadu potrzebujemy dwa bataty, seler naciowy, zieloną paprykę, por, czosnek, olej słonecznikowy, jogurt naturalny oraz według uznania zioła i przyprawy. Dużą część potrawy możemy sobie przygotować wcześniej, na koniec pozostawiając jedynie sam proces obróbki słodkiego ziemniaka.

Bataty kroimy w plastry zalewamy olejem słonecznikowym i obsypujemy kminkiem. Na ten moment koniec zabawy z ziemniakami. 
Przechodzimy do przyrządzenia zielonej sałatki. Kroimy seler, paprykę, por, czosnek, dolewamy odrobinę oleju, dodajemy jogurt naturalny, pieprz, świeżą bazylię, natkę pietruszki. Całość mieszamy i odstawiamy na jakiś czas, by składniki się w siebie wgryzły;)
Gdy już uznamy to za słuszne, możemy zająć się upieczeniem, bądź usmażeniem batata. Jest to ostatni akt nieprzemyślanego obiadu, po którym pozostaje nam już tylko podać obiad, nakładając jego jedną część, na drugą. 

Smacznego;)


sobota, 14 stycznia 2017

Kosmetyczna dynia

Wiele osób, chcąc zadbać o swoją urodę, ucieka się do stosowania chemicznych kosmetyków, które nawet jeśli zawierają naturalne składniki, to są one przetworzone i zdecydowanie trudniej wchłanialne przez nasz organizm, niż składniki organiczne. Zamiast tego, co wydaje nam się częstokroć zbyt banalne i irracjonalne by mogło zadziałać, możemy bez żadnych obaw zacząć stosować kosmetyki naturalne, które oczywiście w gruncie rzeczy kosmetykami nie są, gdyż możemy używać naturalnych produktów w postaci 'surowej', bez wcześniejszego przygotowania.

Idealnym tego przykładem jest dynia, której surowe kawałki posłużą nam do nawilżenia twarzy. Pocierając ją nimi, usuwamy dodatkowo nadmiar tłuszczu zgromadzony na powierzchni czoła i okolic nosa. Sok z dyni zastosujemy jako tonik regenerujący i odżywiający skórę. Dzięki zawartości witamin z grupy B, wykorzystamy ją w celu ochrony przed promieniowaniem ultrafioletowym oraz jako produkt łagodzący stany zapalne. Właściwości przeciwpasożytnicze i działanie przeciwnowotworowe czynią ją także naturalnym lekiem, z którego możemy korzystać bez jakiejkolwiek obawy o przedawkowanie, czy nieumiejętne stosowanie.

Właściwie możemy wszystko, a wszystko zależne jest od naszych intencji. W dzisiejszych czasach szkopuł tkwi jednak w naszym postrzeganiu. Człowiek smarujący się kremem uznany zostanie za normalnego, cywilizowanego człowieka, natomiast ten, który smaruje się dynią, będzie niejednokrotnie określony mianem dzikusa. I tu rodzi się pytanie: Czy na prawdę tak dumni winniśmy być z naszego 'ucywilizowania'? 

sobota, 7 stycznia 2017

'Gdy wchodzisz w las stajesz się drzewem, co w Twojej ciszy się rozrosło,
a kiedy nurt przemierzasz łódką, wtedy udziela Ci się wiosło.'
'Nie znajdziesz obiecanej ziemi, od pól polarnych, aż po równik
i tylko czasem będą chwile, gdy serce tak jak most zadudni.'
'Gdy ptak zawraca ku ścierniskom, niepokój bruzd rozdajesz polom,
prześcigniesz ptaka w locie myślą, z zazdrości ptakom jest samolot.'

czwartek, 5 stycznia 2017

Lìzhī - śliwka chińska


Liczi, nazywane również kurzym językiem, jest jedynym w swoim rodzaju', niesamowicie smacznym potentatem przeciwnowotworowym, który w czasach starożytnych Chin uchodził za owoc dodający sił witalnych i poprawiający nastrój. Obecnie wiemy, iż jego działanie nie ogranicza się wyłącznie do poprawiania nam humoru, aczkolwiek jest to cecha niezwykle przekonująca do jego spożycia. Owoc jest bogaty w duże ilości witaminy C oraz potasu, dzięki czemu wzmacnia nasz organizm, regulując przy tym ciśnienie krwi, korzystnie wpływając na nasze serce, utrzymując w zdrowiu i sile naczynia krwionośne. Ponadto zawiera w sobie witaminy: B6, E, K, tiaminę, ryboflawinę, niacynę oraz minerały: wapń, magnez, żelazo, fosfor, sód i cynk. Wspomniane już działanie przeciwnowotworowe liczi zawdzięcza pokaźnej porcji antyoksydantów. Regularne spożywanie liczi może chronić nas przed tzw. stresem oksydacyjnym (stanem zakłóconej równowagi pomiędzy wolnymi rodnikami, a oksydantami) prowadzącym do możliwości zaistnienia wielu różnych chorób, w tym nowotworów. Dzięki zawartości polifenoli, śliwka chińska może wspomagać profilaktykę przeciwmiażdżycową. Liczi wykazuje również działanie przeciwwirusowe i przeciwzapalne. Z lekkim dystansem powinny do niego podejść osoby będące w trakcie odchudzania lub cierpiące na cukrzycę, gdyż owoc zawiera w sobie duże ilości cukrów. Jako ciekawostkę wspomnieć warto, iż możliwościami liczi, zachwycał się sam Konfucjusz.


Pod zrogowaciałą skorupką owocu znajduje się delikatny, słodkawy miąższ, okalający brązową pestkę.

wtorek, 3 stycznia 2017

Niemy krzyk – na smyczy farmaceutów

Wiele jest spraw, które mi się nie podobają i to nie przez wzgląd na moje 'widzimisię', tylko dedukcję połączoną z odrobiną czystej, dziecięcej, nieskażonej żadnymi dogmatami, ani narzuconymi normami obserwacji. Owa niezależność, którą umożliwia mi pozostanie na stanowisku obserwatora, pozwala na kreowanie całkiem śmiałych, żeby nie powiedzieć zuchwałych wniosków. Czy nie jest bowiem zuchwale podważać aspekty tak niepodważalne w dzisiejszym świecie – szczerość polityków, duchowość duchownych, czy też kompetencje konwencjonalnych medyków? Otóż nie, nie jest. A wszystko co uznane za pewnik, winno być najpierwej poddane w wątpliwość. Tak więc, dziś nieco o tych wątpliwościach względem medyków.

Ułożyliśmy świat nasz w taki sposób, iż największą dozą zaufania obdarzyliśmy tych, którzy winni być najczęściej sprawdzani i najczęściej kontrolowani przez nas samych, przez nasz zdrowy rozsądek, a tymczasem pozostawiliśmy ich samych sobie. Ich decyzje w większości przypadków nie są poddawane jakiejkolwiek analizie, nie pytamy, nie opiniujemy, po prostu wypełniamy ich polecenia. Bezgranicznie im ufamy, choć ufność ta wynika raczej z naszych obaw niż pokładanych w nich nadziei. Dzieje się to wszystko przez politykę strachu i agresji, która jest nam wpajana do umysłów. Mamy się bać o swoje zdrowie, życie i potulnie wypełniać wszelkie instrukcje, jak mamy o to życie i zdrowie zadbać, co niestety nie do końca przekłada się na rzeczywiste efekty poprawy zdrowia i jakości życia.

Zawiść
Wiele jest powodów dla których medycyna konwencjonalna od samego swojego początku rywalizuje ze starszą i potężniejszą od siebie siłą natury. Jednym z nich jest zawiść, która tak pięknie manifestuje się w przypadku, kiedy nagle nagłaśniana zostaje sytuacja, w której jakiś znachor przyczynia się mniej lub bardziej do zagrożenia zdrowia lub życia jakiejś nieświadomej i naiwnej istoty, która zaufała jego szarlatańskim metodom leczenia. Medycyna konwencjonalna wyskakuje wtedy zza krzaka, w towarzystwie jak zawsze rzetelnych i kompetentnych mediów i wytykając palcem znachora, krzyczy na cały głos: Widzicie! Oni się mylą, tylko ja mam rację, tylko ja wiem jak was ochronić. Nie zbierajcie ziół, bo na pewno umrzecie. Ileż jest jednak przypadków błędów lekarskich, które pozbawiły kogoś życia? Iluż osobom odmówiono pomocy, ilu źle zdiagnozowano chorobę? Ja nie oskarżam nikogo, tylko pokazuję, że ów znachor jest tak samo omylny jak lekarz, który źle dobierze pacjentowi dawki leku. Tam gdzie pojawia się czynnik ludzki, tam musi być również przestrzeń na pomyłki.

Zazdrość
Kolejnym powodem, przeplatającym się niejako z zawiścią, jest zazdrość. Przeczytałem kiedyś pewną książkę traktującą o urynoterapii, jako metodzie walki z nowotworem. Jej autor, będący zarazem lekarzem i twórcą tej niezwykle kontrowersyjnej metody, twierdził, iż udało mu się wyleczyć z nowotworu wielu ludzi, wśród których znajdowały się osoby, którym lekarze dawali maksymalnie kilka tygodni życia. Autor opisywał ich przypadki, to z jakim nowotworem mieli do czynienia oraz jakie kroki podejmował, w celu ich wyleczenia. Co ciekawe, za każdym razem odnosił sukces w postaci pełnego wyzdrowienia pacjenta. Najbardziej zaskakująca i intrygująca była jednak reakcja lekarzy, którzy zetknęli się z wynikami jego pracy. W każdym przypadku twierdzono bowiem, że to nie mógł być nowotwór, skoro został wyleczony. Łatwiej było im przyjąć gorycz porażki, związanej z błędną diagnozą, niż fakt, iż ktoś był w stanie dokonać tego, czego im się nie udało. Najgorsze jest jednak samo podejście lekarzy do nowotworu. Z ich reakcji na urynoterapię wynika, iż nie wierzą oni w możliwość wyleczenia raka, traktując go niejako niczym wyrok skazujący nas prędzej czy później na śmierć. Dlaczego? Uważam, że naturalną reakcją powinno być zainteresowanie się efektami tej terapii i przedsięwzięcie kroków w celu jej zbadania i rozpowszechnienia, a tymczasem otrzymujemy diagnozę: skoro się udało, to nie mógł być nowotwór.

Mamona
Najstraszniejszym i najobrzydliwszym powodem rywalizacji medycyny konwencjonalnej z naturą jest jednak kwestia ekonomiczna. Zdrowe społeczeństwo nie jest bowiem społeczeństwem opłacalnym dla tych, którzy dysponują medykamentami konwencjonalnymi. I tutaj napotykamy na pewien błąd rzeczywistości, w której egzystujemy. Zaczynamy się zastanawiać kto tak na prawdę nas leczy i czy w ogóle leczy, skoro z jednej strony idziemy do lekarza w poszukiwaniu recepty na zdrowie, a z drugiej strony przepisuje on nam wyłącznie produkty będące źródłem utrzymania ogromnych przemysłów farmaceutycznych, które bez naszych chorób nie mają racji bytu. Czyż nie zależy im na tym, abyśmy regularnie chorowali? Czyż nie z tego się utrzymują?
Nie wnikam w intencje lekarzy, każdy będzie rozliczany według własnego systemu wartości. Chcę jedynie przewiercić dziewiczy otwór w murze, którym otoczyli wasz umysł, wasze serca. Nic tu nie jest tym, na co wygląda. To nie lekarze nas leczą, tylko farmaceuci. Lekarz jest jedynie powiernikiem na smyczy przemysłu farmaceutycznego, zarabiającego niewyobrażalne sumy pieniędzy na leczeniu nas z chorób, które daliśmy sobie wmówić. To oni potrzebują nas, a nie my ich. To oni zarabiają na uzdrawianiu nas. Już nigdy nie będziesz zdrowy, jeśli pozwolisz, żeby leczył Cie przemysł farmaceutyczny, który zarabia na produkcji leków. Banał.

Dlaczego lekarz nigdy nie polecił Ci (a przynajmniej nie zrobił tego drogą oficjalną) naturalnych środków? Dlaczego nie zasugerował, że, aby lepiej uchronić się przed chorobą, nie wystarczy reagować na jej symptomy, ale najlepiej w ogóle nie dawać jej możliwości zaistnienia w zdrowym organizmie. Dlaczego leczą nas chorzy lekarze? Nie chodzi mi tu tylko o stan ich psychiki, ale przede wszystkim o stan ich form fizycznych, co jest największym przejawem hipokryzji konwencjonalnej medycyny, który aż skacze do naszych oczu – dowodem na to, że oni nie wiedzą o czym mówią. Dlaczego tak niszczy się naturalnych medyków, określając ich mianem szarlatanów, którzy tylko czyhają by wpędzić nas do grobu? Naturalnego medyka nie wiąże sieć zależności, w której medyk konwencjonalny jest ostatnim ogniwem, mającym zasugerować obywatelowi jedynie słuszną możliwość. Czegoś wam to nie przypomina?

I tak to właśnie działa. Lekarzy wiążą umowy ze szpitalami, które wiążą umowy z ministerstwami, które wiążą umowy z rządami, które ściśle współpracują z właścicielami gigantów farmaceutycznych. Kiedy idę więc do lekarza, to nie on mnie leczy, tylko jakaś niesamowicie perfidna maszyna do zarabiania pieniędzy z drugiego końca świata. Lekarz mi tylko podaje produkt jej działalności.

Reklama dźwignią handlu
Biorąc pod uwagę wszelkie prognozy i tendencje (i reklamy) – jeśli nie zabije mnie rak, zrobi to cukrzyca, bądź inny zespół niespokojnych nóg. Ironizuję. Z taką samą zaciekłością, z jaką robią to producenci leków i wszelkiego rodzaju lekopodobnych bzdur. Tabletki antystresowe dla psa? Na prawdę?
Natłok reklam, które w każdej chwili, z każdej możliwej strony skaczą nam do oczu i uszu, aż kuje. Przerasta to wszelkie normy i całkowicie wykracza poza dobre maniery. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu i w tym przypadku to powiedzenie idealnie się sprawdza. Reklamy nie sugerują, one wręcz wmawiają nam wszelkiego rodzaju schorzenia mniejsze lub większe, których my, po obejrzeniu reklamy leku, zwyczajnie zaczynamy się doszukiwać we własnym organizmie. Ktoś powie, że farmaceuci reagują na potrzeby rozwijającego się świata i coraz bardziej rozwiniętych chorób, które nas atakują. Abstrahując od tego gdzie i przez kogo są tworzone te choroby, gdyż zdałoby się na to poświęcić osobny wywód, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, śmiem twierdzić, że farmaceuci nie reagują na potrzeby zmieniającego się świata, postępującego rozwoju i coraz sprytniejszych chorób, oni po prostu w bezczelny i podświadomy sposób handlują naszą uwagą, naszym zaufaniem i strachem o własne zdrowie.

Nie chcę być źle zrozumiany. Nie uważam, że cały stworzony przez ludzi system lecznictwa jest zły. Być może jego założenia były całkiem szlachetne, ale w miarę upływu czasu, zaczęto popełniać dziwne błędy, podejmować niezrozumiałe decyzje, które w dość jednoznaczny sposób pokazują, że system ów minął się ze swoim podstawowym założeniem, jakim było skuteczne leczenie ludzi (a przynajmniej chcę wierzyć w takowe pierwotne założenia). Jednakże, kiedy w grę wchodzą pieniądze, na prawdę duże pieniądze, człowiek jest zdolny do wszystkiego. Umysł ludzki nie raz udowadniał, iż żądza pieniądza deformuje jego postawę moralną i całkowicie zmienia postrzeganie dobra i zła. Właśnie dlatego uważam, że całkowite zaufanie względem konwencjonalnej medycyny jest głupotą, która w szerszej perspektywie wyrządzi nam więcej dobrego, niż złego. Ponadto mniemam, iż kolejną głupotą jest całkowite odmawianie zasług medycynie naturalnej, odbieranie jej szansy na pokazanie pełni swoich możliwości, które, patrząc obiektywnie, całkowicie chcemy zablokować.
I mimo, iż wiem jak rażący to problem i jak ewidentnie obnaża odgórnie narzucony system kontroli, to już na nic nie liczę. Prędzej doczekam się uwag o stylistykę tego wyrzutu lub oskarżeń o zarzucanie lekarzom braku kompetencji, niż tego, że zaszczepię nim w Tobie nutkę zwątpienia.

Brak mi sił, brak mi słów, a i śmiech mi nieco zelżał.

To nie bunt.

To niemy krzyk serca, które patrząc na świat,
do rozumu dojść nie może, kto nas wszystkich na to nabrał..

wtorek, 13 grudnia 2016

DOWODZENI PRZEZ SZABLONY NARZUCANE NAM PRZEZ MEDIA - RASIZM

Wyobraźmy sobie różę, która przytyka tulipanom brak kolców, orła który jastrzębiom wytyka kolor upierzenia, wyobraźmy sobie oceany, które naśmiewają się z maleńkości górskich potoków. Sytuacja, w której natura przeciwstawia się samej sobie, nie przez wzgląd na instynkty, potrzebę przetrwania, ale chęć dominacji nad innymi, wywołaną próżnością własnej fizyczności, występuje wyłącznie w kulturze ludzi, obdarzonych pozornie większą inteligencją i głębszym rozpoznaniem własnego jestestwa. Zjawisko, które w zdrowym społeczeństwie mieć miejsca nie powinno, jest już dziś nie tylko czarną plamą na ludzkiej moralności, ale także kolejnym powodem podziałów, tworzenia pseudo fundacji i sztucznego napędzania filozofii rasizmu. Filozofii stworzonej przez człowieka, błędnie interpretującego zamierzenia twórczej siły matki natury.

Czym jest rasizm?
Rasizm wynika z egotycznego mniemania o wyższości jednego umysłu, jednego osobnika, nad innymi. Wbrew temu, iż jest to nienawiść skierowana przeciwko konkretnej grupie ludzi lub inaczej – głosząca tezę o wyższości pewnej grupy ludzi nad innymi – to ma ona podłoże tożsame z mniemaniem o swej wyższości względem "uboższego", "gorzej" ubranego sąsiada. Ludzki umysł, tak niespokojny jak chorągiew powiewająca na wietrze, cały czas próbuje utożsamiać, a że pozornie "należy do nas", to lokuje nas w jak najwyższym punkcie hierarchii "ważności", innych traktując wyłącznie jak podległych sobie osobników. Wszystko czego się boi, wszystko, czego nie zna, czego nie rozumie, z czym dotąd nie miał do czynienia, traktuje jak coś złego, gorszego, godnego pogardy, w największej mierze nieświadomie gardząc własnym jestestwem – własną matką, która świat stworzyła różnorodnym. Sytuacja takowa miała miejsce w rozwlekłym momencie styku kilku ras, z których najbardziej egotyczną i dominującą okazała się rasa biała, mająca dostęp do większej części cywilizacyjnych "dobrodziejstw", które później z uporem maniaka zabierała wyłącznie na własny użytek, wykorzystując domniemany rozwój przeciwko innym. Cel jak zwykle był próżny i banalny – mieć więcej. Kiedy takowa myśl pojawi się w umyśle zbiorowym, niezwykle trudnym będzie się z owej opresji uwolnić, a niepohamowana chęć bogacenia się może już nigdy nie ustąpić.

Błędna interpretacja rasizmu
W ówczesnym świecie wiele jest prób tłumienia rasizmu, przeciwdziałania mu oraz edukowania młodszych pokoleń. Wolontariusze na całym świecie powtarzają jak mantrę, że rasizm jest zły, a wszyscy ludzie są równi – tacy sami. Są to jednak nieprawdziwe – świadomie mniej lub bardziej przekłamane stwierdzenia. Rasizm nie jest zły, rasizm jest głupi, a każdy człowiek na świecie różni się od swojego bliźniego, lecz nie jest to powodem do pogardy, lecz zachwytu. Tak zachowuje się piękno i różnorodność tego świata, którego my niestety nadal nie mamy ochoty rozpoznać.
Nie ma dwóch takich samych tulipanów na całej planecie, tak jak i nie ma dwóch równych sobie ludzi. I choć równość w edukacji antyrasistowskiej występuje jedynie w formie metafory, to po raz kolejny podpuszcza nas do błędnej interpretacji własnego człowieczeństwa. Nie możemy być równi, natura nie pozwoliłaby sobie na tak nierozważny i ryzykowny krok.

Dlaczego odnoszę się do natury jak do świadomie pojmującej rzeczywistość istoty? Dobre pytanie, które mało kto sobie zadaje. Czy natura, czy świat i wszechświat może być świadomy? Wszystko na to wskazuje, toteż należałoby nieco zmienić perspektywę i zacząć rozważać powody dla których pewne rzeczy zachodzą. Rozważajmy to jednak z ogromną dozą pokory, postrzegając już nie tylko jako odrębna jednostka, ale część składowa istoty większej od nas.

Różnorodność rasowa buforem bezpieczeństwa
Spójrzmy na tę różnorodność z perspektywy planety, którą zamieszkujemy – z perspektywy, o której większość z nas jak dotąd nie miało pojęcia. Natura nie stworzyła nas różnymi od siebie tylko po to, byśmy ze sobą rywalizowali, dominowali się wzajemnie i tworzyli podziały rasowe. Natura jest bezwzględna, ale nie głupia i próżna. Różnorodność rasowa jest zwyczajnym zabezpieczeniem się, przed wyniszczeniem całej populacji. Przypuśćmy, że w pewnym momencie naszej historii pojawia się globalna epidemia – nie taka stworzona w laboratorium na potrzeby przemysłu farmaceutycznego, ale rzeczywisty wirus, który może zagrozić istnieniu naszej cywilizacji. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, to reakcja naszych organizmów na tego wirusa również będzie zbliżona, a jeśli będzie on wystarczająco silny, wszystkich nas może czekać podobny los. Tak się jednak nie stanie, kiedy natura posiada potężny bufor bezpieczeństwa w postaci kilku ras, diametralnie różnych od siebie, przystosowanych do życia w różnych środowiskach, u których wykształciły się różne możliwości obronne przed wszelkimi wirusami, bakteriami, ale także innymi czynnikami zewnętrznymi, które mogą zagrażać naszemu istnieniu. Znaleźliśmy się tu w pewnym celu, którego jak dotąd nie zdołaliśmy pojąć i mimo naszej wolnej woli, natura nie pozwoliłaby sobie całkowicie oddać kontroli jednemu z "produktów" swej ewolucji, nie wiedząc do końca jakie obrodzi on owoce. Innymi słowy – istnieje duże ryzyko, że nie poradzimy sobie z zadaniem, które zostało nam powierzone, a jeśli jednak nam się uda, to będzie trwało to zapewne jeszcze wiele lat, które przez błędną interpretację naszego jestestwa, mogą przynieść wyniszczające nas samych efekty naszej destrukcyjnej działalności, z którą natura będzie musiała się zmierzyć z naszą lub bez naszej pomocy. Wynikiem takich działań przetrwać może tylko jedna z ras, które w ówczesnym czasie zamieszkują planetę i nie będzie to wcale świadczyło o jej wyższości nad innymi, ale o przemyślanym działaniu matki natury, która tworząc różnorodność, zapewnia sobie przetrwanie.

Wyobraźmy sobie różę, która przytyka tulipanom brak kolców, orła który jastrzębiom wytyka kolor upierzenia, wyobraźmy sobie oceany, które naśmiewają się z maleńkości górskich potoków. Wszystko jest inne, jednak ma swoje miejsce, swoją rolę i istotne zadanie w wielkiej kompozycji wszechświata. Nigdy nie będziemy równi, ale to nie oznacza, że ktokolwiek jest gorszy od innego. Natura nie kategoryzuje, nie organizuje konkursów, ani plebiscytów. Potrzebuje i docenia nas w taki sam sposób, bez względu na to kim jesteśmy, jacy jesteśmy i jaką akurat przyjęliśmy rolę w iluzorycznej metaforze życia. Szkoda tylko, że my nadal nie potrafimy tego pojąć.



środa, 2 listopada 2016

Tako rzecze Thoreau

"Doprawdy, nie ma dnia, aby pracujący człowiek znalazł czas na prawdziwą rzetelność albo pozwolił sobie na utrzymywanie najprostszych, ludzkich stosunków z sąsiadami, albowiem cena jego pracy spadłaby na rynku. Ma czas tylko na to, aby być maszyną. Jakże może pamiętać o tym, że nie wie wielu rzeczy - to zaś jest warunkiem rozwoju - ten, który tak często musi spożytkowywać to, co wie? Toteż zanim wydamy o nim sąd, powinniśmy czasami dobrowolnie karmić go, ubierać i serdecznie podtrzymywać na duchu. Najpiękniejsze wartości naszej natury, podobnie jak meszek na owocach, można zachować jedynie dzięki najbardziej troskliwej pielęgnacji. Pomimo to ani siebie, ani innych wcale tak delikatnie nie traktujemy."
Henry David Thoreau - Walden, czyli życie w lesie 

Maseczka dla zniszczonych włosów


 Do wykonania domowej maseczki potrzebujemy jednego awokado (najlepiej mocno dojrzałego, które łatwo się rozgniecie), dwóch łyżek kwaśnej śmietany oraz świeżego soku z połowy cytryny.


Awokado rozgniatamy i mieszamy z sokiem i śmietaną do momentu uzyskania w miarę jednolitej konsystencji. Do otrzymania całkowicie spójnej masy, możemy wykorzystać blender. Powstałą maź wmasowujemy we włosy i skórę głowy, po czym owijamy ją folią i ciepłym ręcznikiem. W owej ręcznikowej czapeczce musimy wytrzymać 20 minut, po upływie których ściągamy wszystko i spłukujemy włosy.


Maseczka z awokado to bardzo prosty sposób na regenerację, ożywienie i orzeźwienie zarówno skóry głowy, jak i porastających ją włosów. W porze zmiennej i niesprzyjającej pogody to doskonałe wzmocnienie i ochrona przed wpływem niekorzystnych warunków pogodowych.

czwartek, 20 października 2016

Paradoks pochwiatki

Niepospolicie pospolita, niepozorna, nieznajoma i nieoceniona - pokrzywa - i choć brzmi dość zwyczajnie, to zaskakuje niezwykłą odmianą, która nie zważając na żadne ograniczenia, manifestuje się szeroką paletą barw oraz ich kombinacji. 
Szałwia indyjska, pochwiatka lub pokrzywa indyjska, to w naszej świadomości nadal dość nieznana roślina, którą wykorzystujemy głównie w celu zdobienia domów, ogródków i ulic. 
Doprowadziło to, do dość paradoksalnej sytuacji, w której ludzie cierpiący z powodu różnego rodzaju schorzeń, przechadzają się obok rośliny, mogącej im pomóc w uleczeniu tychże schorzeń, jednakże bez świadomości jej możliwości poprzestają na podziwianiu jej walorów zewnętrznych, jeśli w ogóle zdołają je dostrzec.

Co kryje się pod zewnętrzną powłoką?
Pokrzywa indyjska zawiera w sobie substancje wspomagające wytwarzanie w organizmie enzymów przyspieszających spalanie tkanki tłuszczowej, przez co jest efektywnym kompanem walki z nadwagą. Dodatkowo pobudza trzustkę do produkcji insuliny. Posiada właściwości antyalergiczne, korzystnie wpływa na problemy astmatyczne. Rozszerza naczynia krwionośne, czym zapewnia lepsze krążenie i dokrwienie serca. Obniża ciśnienie krwi - również tej znajdującej się w ludzkim oku, dzięki czemu stosuje się ją w leczeniu wzroku. Pochwiatka wykorzystywana bywa również jako lek przeciwbólowy i przeciwzapalny. Pobudza procesy trawienne, przyspiesza metabolizm. Ostatnio odkryto również jej właściwości hamujące rozrost komórek rakowych, dzięki czemu w przyszłości będzie można korzystać z niej w ramach profilaktyki antynowotworowej.

Pochwiatka nie jest wyodrębnionym egzemplarzem rośliny, która zamiast leczyć, jedynie zdobi naszą okolicę. Takich roślin jest mnóstwo, a każda z nich świadczy o naszej próżności i głupocie. Traktujemy bowiem naturę jedynie jako ozdobę tego, co sami stworzyliśmy, zapominając o tym, że sami jesteśmy tworem natury. - I tak oto, człowiek rozumny mając w ogrodzie całą gamę leczniczych roślin, z pełnym zaufaniem wybierze się po 'leki' do apteki.

wtorek, 18 października 2016

Leczymy się naturalnie. Syrop z szyszek

Syrop z szyszek przygotowujemy wiosną - w czasie, w którym drzewa kwitną. Zbieramy zielone szyszki, po czym czyścimy je, lecz ich nie opłukujemy. Umieszczamy je w pojemniku, przesypując obficie cukrem Muscovado, bądź zalewając miodem. Zamiast wieczka, z góry umieszczamy gazę, pozwalającą na swobodny przepływ powietrza, izolując jednocześnie naszą miksturę od łakomych owadów oraz różnego rodzaju zanieczyszczeń. Słój odstawiamy w mocno nasłonecznione miejsce, na okres dwóch miesięcy, po upływie których otrzymany syrop odcedzamy i przelewamy do mniejszych butelek. Syrop zażywamy przy pojawieniu się pierwszych oznak przeziębienia, ale także w trakcie trwania infekcji. Pomaga on udrożnić drogi oddechowe, wzmacnia naszą odporność, wspomaga walkę z chorobą. Dodając go do gorącej herbaty wywołujemy również działanie rozgrzewające.

Rozchmurz się

'Wewnętrzna przemiana nie polega na znajdowaniu wielu odpowiedzi na pytania, a na znalezieniu nowej relacji w stosunku z myślami.'

sobota, 15 października 2016

Co mówią ich blizny o nas?

Tatuaż drzewu? * Jest to kolejne, obok stylowego "podparcia",  kontrowersyjne dzieło uczynione drzewom. * Ludzka wyobraźnia jest niepojęta, szkoda tylko, że wykorzystujemy ją w tak ograniczony sposób. * To już lepiej "love na murach" * Ból, zadany w imię miłości, który drzewo  i tak zniesie, ono zniesie wszystko - pełna akceptacja.

poniedziałek, 10 października 2016

Bogaty szejk

Sezon ogrodowy powoli odchodzi w zapomnienie, co nie znaczy jednak, że już niczego ciekawego w ogrodzie znaleźć nie można. Nawet przy tak mało sprzyjającej pogodzie (która jednak nie przeszkadza nam, aż tak bardzo, gdyż nasza wewnętrzna pogoda ducha nie została zachwiana), nadal możemy znaleźć rośliny, które odżywią nasz organizm, wzmacniając i regenerując nasze ciała i umysły, przed wymagającym sezonem jesienno-zimowym, który na pewno oszczędzić nas nie zechce. 

W ramach jesiennego przeglądu działkowego i jednych z ostatnich "prywatnych żniw" udało mi się nazbierać mięty, która posłuży mi jako surowiec do tworzenia domowych naparów, a którą, jeszcze jako świeżą roślinkę, dodałem do niezwykłego szejka, który zachwyca, zadziwia i zastanawia, czy są jakieś granice tego zielonego szaleństwa? Osobiście wydaje mi się, że granice to jedynie sztuczny, nieprawdziwy twór, mający na celu trzymać naszą wyobraźnię na wodzy, mimo iż jest to ostatnia rzecz, która powinna dotykać wyobraźni.

Migając się od podobnego dotyku, oddając pełną kontrolę swej fantazji, połączyłem składniki, które dotąd nijak nie współgrały ze sobą w naszej żywieniowej świadomości. Moja niedzielna fantazja scaliła ze sobą następujące produkty..


Na pierwszy ogień idzie zieleninka, która mimo późnej pory okazała się być niezwykle urozmaiconą, gdyż do świeżo zebranej mięty, dołączył szczaw, pietruszka i koper. Takie połączenie zapewnia nie tylko ogromną dozę orzeźwienia, ale również sporą dawkę składników odżywczych, które odtruwają nasz organizm, łagodzą nerwobóle, ułatwiają trawienie,  łagodzą procesy fermentacji w jelitach, niestrawność, dolegliwości żołądkowe, a nawet przeciwdziałają bezsenności.


W sukurs zieleni idzie odżywcza gruszka nashi, nazywana również chińską gruszką, która jest niezwykle bogata w błonnik, dzięki czemu łagodząco wpływa na pracę naszych jelit. Wzmacnia również naszą odporność, korzystnie wpływa na cerę, krzepliwość krwi oraz prawidłową pracę mózgu. Wspaniale gasi pragnienie, a przy tym jest niezwykle smaczna.


Najbardziej zaskakujący element tej zdrowotnej układanki to bez wątpienia kabaczek, którego mało kto spodziewałby się w szejku. Trzeba jednak przełamywać żywieniowe tabu. W czym bowiem taki kabaczek jest gorszy od banana? Otóż natura nie rozdziela na gorszych i lepszych, toteż bez żadnych oporów umieściłem go w tym zestawieniu. A on odwdzięcza się natychmiast, wzmacniając nasz układ odpornościowy i neutralizując szkodliwe związki, będące skutkami ubocznymi metabolizmu. Korzystnie wpływa na stan naszych płuc, żołądka i dwunastnicy. Kiedy wykorzystujemy kabaczka wraz z jego wnętrznościami uzyskujemy dodatkowo działanie antygrzybicze, antybakteryjne i przeciwpasożytnicze.


Do wyżej wymienionych składników dodałem również jabłka, miód gryczany oraz kilka malin, dla skontrastowania dość wymagającego smaku kabaczka połączonego z zielenią ogrodu. Wszystko zmiksowałem i otrzymałem.. ambrozję! 

Jak inaczej bowiem nazwać napój, po wypiciu którego czujesz się lepiej, swobodniej i spokojniej patrzysz na nadchodzący dzień i uśmiechasz się tak zwyczajnie, bo wiesz, że jest dobre. 

piątek, 7 października 2016

Niezwykły - brązowy i dziki

Przez lata w naszej kuchni dominowała biel - mąki, cukru, soli, czy ryżu. Z czasem jednak do naszych tradycji i zwyczajów zaczął zaglądać powiew świeżości, który zaszczepił w nas nutkę inspiracji i ciekawości coraz swobodniej pchającej nas w ramiona natury, która chcąc wynagrodzić nam dotychczasową posuchę, obdarowuje nas całą gamą wspaniałości, o których do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Swoją cegiełkę dokładają także 'producenci' i dostawcy żywności, którzy zachęceni wzrastającym zapotrzebowaniem na 'inność', coraz chętniej decydują się na uprawę mniej popularnych odmian roślin. Stąd coraz częściej możemy trafić na coś, co 'winno' być białe, a białe nie jest, tak jak w przypadku ryżu.

Brązowy lepszy niż biały
Brązowy i biały to tak na prawdę ten sam rodzaj ryżu, poddany jednak mniejszej obróbce, w procesie oczyszczania go z łupin. Brązowy ryż jest pierwotną wersją białego, obdartą jedynie z zewnętrznej, twardej łupiny, pod którą zachowane zostało bielmo i otaczający je zarodek, wraz z większością wartości odżywczych, podczas gdy ryż biały to już jedynie bielmo, w którym znajduje się głównie skrobia. Brązowy ryż jest niezwykle bogaty w wartości odżywcze - zawiera witaminy: A, B, C, D, E i K oraz mikro i makroelementy: wapń, magnez, fosfor, potas, cynk, mangan, selen, miedź, żelazo, a także niewielkie ilości jodu. Wprowadzenie do naszej diety ryżu brązowego może nam przynieść niezwykle wiele korzyści, wzmacnia on bowiem nasze włosy, skórę oraz zęby. Dodatkowo obniża poziom złego cholesterolu, ciśnienie krwi, usprawnia trawienie, zmniejsza ryzyko udaru mózgu oraz cukrzycy. Reguluje pracę układu nerwowego, chroniąc nas i ułatwiając reagowanie w sytuacjach stresowych. Ryż brązowy zapewnia dodatkowo większe uczucie sytości, przez co sprzyja odchudzaniu. Jedynym aspektem, w którym ryż brązowy ustępuje białemu jest jego termin przydatności. Ten pierwszy wytrzyma do kilku miesięcy, podczas gdy dobrze przechowywany biały ryż może wytrzymać nawet 10 lat. Wszystko wiąże się z zawartością tłuszczy, których bielmo jest praktycznie pozbawione. Tłuszcze utleniają się, reagując z powietrzem i po czasie jełczeją.

Ryż, który ryżem nie jest
Zizania wodna, określana również ostrudą lub owsem, mimo iż do złudzenia przypomina ryż i tak też bywa określana, to nie należy do przedstawicieli tego gatunku. Zizania jest trawą, której owocem jest ziarniak o długości ok. 1,5 cm. Zawartością białka dwukrotnie przewyższa ryż brązowy. Posiada również kilkudziesięciokrotnie większą dawkę antyoksydantów, niż tradycyjny ryż biały. Zawiera w sobie witaminę C oraz witaminy z grupy B, potas, cynk, mangan, żelazo i kwas foliowy. Nie zawiera sodu, dzięki czemu nadaje się do spożycia przez osoby z nadciśnieniem. Od wieków dziki ryż użytkowany był jako roślina lecznicza, łagodząca dolegliwości żołądkowe, wzmacniając organizm, a także przeciwdziałając i lecząc choroby serca, wątroby, nerek i płuc. Zewnętrznie stosowano go (po wcześniejszym rozgotowaniu) jako naturalny okład na poparzoną skórę. Z ostrudy wodnej tłoczy się również olej, wykorzystywany zarówno w przemyśle spożywczym, jak i kosmetycznym.

Odpowiedni dobór ryżu, to jak decydowanie pomiędzy produktem pełnym i pozbawionym większości właściwości. To tak jakby ktoś próbował nam sprzedać butelkę wody, która byłaby w połowie pusta. Decydującym czynnikiem, jak mniemam, jest w tym przypadku cena, która według mnie jest swoistym ryżowym paradoksem. Dlaczego ziarno, któremu poświęca się więcej pracy i czasu, po to by pozbawić go zewnętrznych powłok, jest tańsze, niż te, któremu ledwie 'zdjęto skórkę'? 

środa, 5 października 2016

Słowotworząc


Dopóki mogę wznosić się nad pusty slogan
i czynić spokój tam, gdzie brak mi tchu.
Dopóki życie mówi mi jak bardzo kocha,
choć, aby mówić z nim, nie potrzebuję słów.
Dopóki mnie nie trwoży lęk
i szczęście pieści ze wszech stron,
gdy noc mi tańczy razem z dniem
i sprzyja nawet ślepy los.
Jedyny bagaż, który muszę wziąć
ten, który pierwszy poniósł mnie,
to stopy zdolne wszystko przejść
i nieustannie biec pod prąd.

wtorek, 4 października 2016

Rzewień jeden z kilku

Rzewień to wierny towarzysz i gość naszych przydomowych ogrodów, działek i wszelkich powierzchni rekreacyjnych. Znamy go i doceniamy jego walory smakowe, które towarzyszą nam od dzieciństwa. Rzewień jest po prostu pyszny, choć zapewne nie każdy podzieli moje zdanie. Nie mniej jednak jest na tyle ciekawą i odżywczą rośliną, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym czy jest warzywem, czy owocem? Nie było też ku temu większego powodu, jednakże nazewnictwo jest na tyle wciągającą intrygą, że wszystko 'musi' mieć swoją przylepkę. Rzewień jest pod tym względem nietypowy, gdyż nie udało się jasno określić jego przynależności. I tak dla amerykanów jest on owocem, a dla europejczyków warzywem. Nikomu to jednak nie przeszkadza w kompromisowym podejściu do walorów tego warzywocu. Ukazany na zdjęciu osobnik jest jednym z kilkudziesięciu przedstawicieli swojego gatunku, podczas gdy dla nas rzewień to po prostu rzewień, a rzewień to zwyczajnie rabarbar. I o niego ten cały warzywno-owocowy ambaras.
Porzućmy jednak językowe rozterki i przyjrzyjmy się mocy ukrytej wewnątrz tej nieokreślonej rośliny. Z jednej strony jest niskokaloryczna, z drugiej bogata w witaminy, minerały i błonnik. Reguluje procesy trawienne, łagodzi wzdęcia. Posiada właściwości przeciwzapalne, antyalergiczne, oczyszczające, odkwaszające, a także przeciwbólowe. Jest doskonałym remedium na kiepskie samopoczucie i nadmiar stresu, a dzięki zawartości luteiny wzmacnia nasz wzrok oraz skórę.
Rabarbar najczęściej wykorzystujemy w kuchni i choć będę upierał się, że najlepiej smakuje na surowo, to w wielu przypadkach bywa jedynie dodatkiem lub składnikiem potraw i deserów. Skoro go spożywamy, warto byłoby pamiętać, że nie każdemu rzewień może przypaść do gustu. Tak jak dwojako usankcjonowała się jego przynależność, tak i jego możliwości mają dwie odmienne strony. Zawiera on bowiem kwas szczawiowy, który może przysporzyć nam przykrych doświadczeń z kamicą nerkową lub niedoborami wapnia w stawach,przez co nie powinniśmy spożywać go zbyt często.
Rabarbar okazuje się być niezwykle zaskakującą rośliną, jednak znając ją jeszcze z czasów dzieciństwa, mało kto pomyślałby, że tak wiele się za nim kryje. Nie zastanawialiśmy się nad tym, gdyż najważniejszy był smak, który powodował uśmiech, nawet jeśli lekko zakwaszony. To on był strzałem w dziesiątkę.

poniedziałek, 3 października 2016

Nie zmuszajmy

Byłem dziś świadkiem sytuacji, która udowadnia jak mylnie interpretujemy pojęcie dobra dziecka i jak niebezpiecznym to może być zjawiskiem. Otóż cała sytuacja rozegrała się w porze obiadowej, podczas przygotowań do posiłku, pewna pani, będąca mamą kilkuletniego chłopca, zapytała go jakie mięsko będzie jadł na obiad, wymieniając mu kilka opcji do wyboru. Chłopiec z nieskrywaną obojętnością i lekkością odrzucił każdą możliwość, stwierdzając, że nie chce mięsa. Niestety takowej możliwości nie było, gdyż mama kategorycznie odmówiła przyjęcia takiej odpowiedzi, stwierdzając, że brak mięsa w posiłku to już lekka przesada. Zaistniała różnica zdań zrodziła serię słownych przepychanek, by ostatecznie zakończyć się postawieniem twardych warunków obiadu, który nie mógł obyć się bez mięsa.

Moja opinia jest taka:
Organizm dziecka, które nie chce, ale musi, zostaje wprowadzony w zakłopotanie - dziecko jest na tyle wyjątkowe, iż w doborze swych żywieniowych upodobań ściśle współpracuje ze swoim organizmem, jeśli więc będziemy tę współpracę zakłócać to prędzej czy później zaburzymy jej całą harmonię, wytwarzając w dziecku (późniejszym dorosłym) nieświadomy nawyk, który nakazywać mu będzie przygotowywanie mięsa każdego kolejnego dnia, nawet jeśli nie będzie miał na to ochoty. To już będzie wykraczało poza jego wolę, stając się codziennym przymusem, a głos organizmu straci jakiekolwiek poważanie. 

Wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o mięso, to ogólny problem dotyczący żywienia. Jeśli dziecko nie chce zjeść obiadu w danej chwili, to go do tego nie zmuszaj - jeśli zgłodnieje to przyjdzie i zje go za godzinę lub dwie, nic się nie stanie. Jeśli dziecko chce zjeść połowę, nie rób mu wyrzutów, że jest niejadkiem i nie będzie miało siły - to na prawdę irytuje. Miej świadomość tego, że dziecko w pewnych kwestiach wie lepiej niż Ty. Bez względu na to jak bardzo pragniesz jego dobra, daj mu czasem wolną rękę. I proszę nie mów mi, że to Twoje dziecko i masz do niego "wyłączne prawo". To dziecko kiedyś wyfrunie spod Twoich skrzydeł i będzie samodzielnie kształtowało rzeczywistość, w której będą się bawić również moje dzieci i wszystkie inne dzieci, które powinny rozwijać się w zgodzie z własną naturą, tak jak wszystkie stworzenia tego świata.

Hej Panie Bracie!


niedziela, 2 października 2016

Zielony drink - smaczny, zdrowy, niepozorny

Swą barwę i moc za nią ukrytą zawdzięcza odżywczej aktinidii i zawartym w niej pokładom witamin. Wspierana jest tym razem przez banana, który zasila nas potężną dawką potasu i błonnika. W sukurs idzie im jabłkowo-gruszkowy duet nawadniający nasz organizm, wzmacniający układ nerwowy, wpierający pracę mózgu i chroniący nas przed nowotworami. Aby wrażeń nie zabrakło, znajdziemy tu także leczniczą bazylię i lekkostrawną nać pietruszki, skąpaną w gryczanej kąpieli miodu pitnego, korzystnie wpływającego na pracę naszego serca. 



sobota, 1 października 2016

Dzień dobry!


Niech każdy kolejny dzień będzie dla Ciebie zagadką, niech będzie szansą na przeżycie zupełnie nowych doświadczeń, niech będzie nieodkrytą historią, którą sam musisz napisać. Rzuć się w wir wydarzeń z tożsamą błogością, z jaką ptak rozkłada skrzydła na wietrze, który go unosi. Bądź obecny w tym konkretnym dniu, w danej konkretnej chwili. Żyj, uśmiechaj się i ufaj. Ufaj temu, kto Cie tu przysłał. Nie zrobił tego przez przypadek, we wszystkim jest zapisany porządek. Jest metoda w tym szaleństwie. I choć, być może, tego nie dostrzegasz, po prostu temu zaufaj. A wszystko będzie dobrze.

A póki co, na dobry początek tej nowej przygody, stań przed lustrem i powiedz sam/sama do siebie: 

Dzień dobry! Jak dobrze, że jesteś.

niedziela, 25 września 2016

Kawon, w którym skrył się fibonacci

Kawon przyzwyczaił nas do swej czerwonej maści, choć wypadałoby rzec raczej, że to my przywykliśmy do tej konkretnej odmiany. Człowiek lubi znać, wiedzieć, być pewny, przez co nadal dziwi nas swoboda z jaką natura dobiera kształty i barwy swych plonów, zwłaszcza, gdy dalibyśmy sobie rękę uciąć, że arbuz to po prostu arbuz, więc musi być czerwony, mniej lub bardziej, ale to zawsze będzie ten jeden kolor. Pudło. W naturze nic nie musi, nigdy nie ma całkowitej pewności, nikt nie stawia jej warunków, tym bardziej jeśli w jej wnętrzu odkrywamy matematyczny ciąg fibonacciego. Nasza pewność i związane z nią przekonania zostają zachwiane. A natura swoje - obok fibonacciego zmieściła w swym wnętrzu energię, z której możemy w każdej chwili skorzystać, by wspomóc funkcjonowanie organizmu. 
Kawon żółty jest przede wszystkim fenomenalnym sposobem na orzeźwienie i pobudzenie sił witalnych naszego ciała, a także oczyszczenie i nawodnienie organizmu. Jest bogatym źródłem minerałów: żelazo, wapń, magnez, potas i fosfor. Zawiera w sobie witaminę A i C oraz śladowe ilości witamin z grupy B, beta karoten i kwas foliowy. Znajdująca się w nim cytrulina wzmacnia układ sercowo-naczyniowy. Korzystnie wpływa na pracę układu trawiennego oraz układu krążenia. Posiada działanie antyrakowe, przeciwdziała anemii, nadciśnieniu tętniczemu i schorzeniom reumatycznym. Wspomaga leczenie zapalenia stawów oraz kości, stanów zapalnych skóry oraz ran. Dodatkowo nawilża naszą skórę.
Od swojego czerwonego kuzyna, poza widoczną kolorystyką, różni go subtelniejszy smak, który osobiście określiłbym jako 'ciekawszy'. Posiada też znacznie mniej pestek, co na pewno przysporzy mu wielu zwolenników.

sobota, 24 września 2016

Zdrówko! Na raz, dwa i trzy

Poranne pyszności. Na śniadanie, na wzmocnienie, zamiast kawy. Banalnie proste przygotowanie sprawia, że powszechna wymówka braku czasu, nie ma w tym przypadku racji bytu. Wystarczą dosłownie trzy minuty i blender. Po dokładnym zmiksowaniu składników można napawać się smakiem pysznego i odżywczego... napoju, shake'a, smoothie? - Nazwij to jak chcesz, mi to po prostu strasznie smakuje. Elementy zdrowotnej układanki można oczywiście dobrać wedle własnego gustu (nie, nie ma przepisu). Ja postawiłem tym razem na kokosa w formie najbardziej odpowiedniej, miętę, aktinidię, limę oraz smaczliwkę, czyli tak zwaną egzotyczną gruszkę. I mimo, tego, że połamałem wszystkie smaki, to wyszło na prawdę pozytywnie i energetycznie. 


Natura jest niezwykle wyrozumiała i dobrotliwa ;)

niedziela, 4 września 2016

Owadzia inwazja

Jak co roku, letnią porą, podczas wakacyjnych wędrówek małych i dużych, ognisk, grillów i szeroko pojętego odpoczynku na łonie natury, towarzyszą nam nasi latający przyjaciele, których większość z nas tak strasznie nie lubi, brzydzi się lub zwyczajnie boi. Duża część nas żyje w przeświadczeniu, iż mucha lub pająk zostały stworzone tylko po to, by je zabić packą, ręką lub zgnieść butem. Ot, taki egzystencjalny paradoks.

Faktem jest, że tym razem w przestworza wzleciała prawdziwa armia latających stworków, będąca zapewne bardziej uciążliwa niż zwykle. Pająków w lesie też wydaje się być więcej niż w ostatnich latach. Ogólnie rzecz ujmując zalała nas owadzia inwazja. Nie zmienia to jednak faktu, iż łączy nas tożsame prawo życia. 

Mało kto jednak potrafi to dostrzec. Mało kto potrafi postawić się na równi z muchą lub pająkiem, traktując je zazwyczaj jako odpad, gorszy sort, mniej istotny przejaw życia. Atakujemy je, zamiast pozwolić im żyć.

Ludzie twierdzą, że wierzą w boga. Jeśli w niego wierzą, powinni wierzyć również w doskonałość jego stwórczych intencji. Jak wiadomo wszyscy jesteśmy częścią tychże intencji, a sam stwórca stwierdził, że jesteśmy dobrzy, bo sam nas stworzył. Jakie jest więc moralne wytłumaczenie tego, iż człowiek z obojętnością potrafi zabić to, co pochodzi od boga? I nie ma znaczenia, że się tego brzydzisz. Z pewnego punktu widzenia to człowiek jest najbardziej obrzydliwym stworzeniem chodzącym po tym świecie. 

Ktoś powie, że się czepiam - być może, ale dławi mnie brak konsekwencji, jeśli w coś wierzymy to uznajmy wartości reprezentowane przez to 'coś'. Nie poprzestawajmy na koncepcji, czy symbolu, który jest jak pusta bańka, odizolowana dodatkowo od nas na bezpieczną odległość, byśmy przypadkiem nie zechcieli jej poznać, czy doświadczyć jej przesłania. 

Tak w moim stylu - zacząłem od owada, skończyłem na bogu. Wbrew pozorom wszystko się ze sobą wiąże. Dlatego zatrzymaj się czasem, zanim trzepniesz tą biedną muszkę, bo tak strasznie Cię irytuje. Pozwól jej żyć w zgodzie z jej uwarunkowaniami, tak jak i Tobie pozwolono żyć w rytmie Twych własnych domysłów i pomyłek, a z czasem być może zrozumiesz, że owad nie został stworzony tylko po to, aby go zabić. Potraktuj go raczej jako wskazówkę..

..jak radzić sobie ze swoimi myślami.



A oto przykład jak pewien samuraj poradził sobie z własnymi myślami:


środa, 24 sierpnia 2016

Goście, goście

Sny od wieków budziły skrajne emocje - jednych przerażały, innych inspirowały. Część ludzi czerpała z nich przestrogę, podczas gdy innych motywowały one do wielkich czynów i odkryć, przynosząc częstokroć rozwiązania problemów, które w rzeczywistości wydawały się nie do rozwiązania.
To nasze drugie życie lub jedynie prawdziwe życie - rzeknie jeden, to jedynie fikcja literacka - odeprze drugi. Spór wygra ten, który jest bardziej uparty, a racji żaden z nich mieć nie będzie, gdyż właściwie nie da się snów zinterpretować, ponieważ nikt nie wie do końca jaka jest ich natura, co się dzieje z ludzką świadomością w ich trakcie i właściwie w jakim stanie znajduje się wówczas "nasze człowieczeństwo". Pewne jest natomiast to, że sny przenikają się ze światem rzeczywistym każdej doby, więc, czy tego chcemy czy nie, to najbardziej powszechna forma metafizyki, jakiej doświadczamy.
W trakcie jej trwania następuje niezwykłe zjawisko, które poddaje w wątpliwość pewne przekonania powszechnie gloryfikowane. Podczas fazy snu REM, w której następuje wzmożona aktywność mózgu i pojawiają się marzenia senne, system nerwowy naszego ciała zostaje zablokowany. Paraliż ów, zapewniający nam spokojny i bezpieczny odpoczynek, uniemożliwia naszemu ciału reagowanie zgodnie z rzeczywistością rozgrywającą się w marzeniu sennym. Jest to więc, działająca bez naszej zgody, wykraczająca poza naszą świadomość akcja mająca na celu zapobiegać współpracy ciała i jaźni w nim zamieszkującej.
Gdyby taka blokada nie zadziałała, moglibyśmy, chcąc zrobić zamach i uderzyć piłkę we śnie, w rzeczywistości złamać sobie nogę, uderzając w kant łóżka. Coś decyduje za nas, poza naszą wiedzą i ponad naszą wolą. Coś lub ktoś - gospodarz ciała, które aktualnie zamieszkujemy. Czyż nie tak to właśnie wygląda?
Ciało, będące naturalnym odbiornikiem świadomości, jest gospodarzem który pozwala nam doświadczać i manifestować się jako jednostka, sprawując jednocześnie pieczę (tak długo jak to tylko możliwe) nad wspólnym bezpieczeństwem (stąd sugestie by słuchać swojego ciała, bo ono wie najlepiej czego potrzebuje). My jesteśmy więc jedynie gośćmi, którzy udomowili się w tej gościnie. I nie chodzi wcale o to, że zamieszkujemy nie swoje ciała - chodzi o to, że nie jesteśmy cieleśni.

piątek, 22 lipca 2016

'Już czas nauczyć się wypatrywać tęczy, gdy pada.'

Szarłat wyniosły - bezglutenowe złoto Inków

Drogocenny amarantus, o którym mowa, to najzdrowsze zboże odkryte na nowo przez świat 'cywilizacyjny' dopiero pod koniec ubiegłego stulecia. Jego właściwości daleko w tyle pozostawiają możliwości pszenicy, jęczmienia, czy żyta. Do Europy przywędrowała jako niejadalna ozdoba, mająca jedynie cieszyć oczy swym pięknem. Los chciał jednak, aby ludzkość odkryła niezwykle istotny element tej 'niejadalnej rośliny', którym są nasiona skryte pod osłoną barwnych kwiatów. Cóż kryje się wewnątrz nich?

Amarantusowe piękno
Powiada się, że ważniejsze od piękna zewnętrznego jest to, ukryte wewnątrz. Szarłat łączy w sobie oba wymiary piękna, będąc jednocześnie niezwykle urodziwym kwiatem oraz ziarnodajną rośliną jadalną, bogatą w wiele składników odżywczych, począwszy od witamin: A, Jest źródłem błonnika pokarmowego oraz białka, zawierającego komplet aminokwasów egzogennych. Jego spożycie niweluje ponoć ryzyko infekcji układu krążenia, zmniejsza ciśnienie krwi oraz stany zapalne. Ponadto zwiększa on poziom wapnia w organizmie. Bywa cennym pomocnikiem w walce z anemią. Korzystnie wpływa na pracę jelit. Wytwarzana z nasion szarłatu mąka, poprawia jakość pieczywa, umożliwiając wykluczenie wszelkich chemicznych składników tradycyjnych wypieków. Dodatkowo mają one przyjemny, orzechowy posmak, a termin ich przydatności znacznie się wydłuża.

Kropla historii
Początki upraw amarantusa przypisuje się Indianom, Majom oraz Aztekom. Przed pięcioma tysiącami lat, hodowali oni tę, uważaną w owym czasie za świętą, roślinę na szeroką skalę. Stanowiła ona podstawę ich pożywienia. Z nasion amarantusa przyrządzali placki, tortille oraz napoje, a młode pędy i liście służyły jako warzywa i przyprawy. Wierzono, że spożywanie świętego zboża dodaje człowiekowi siły i odwagi, co ma swoje wytłumaczenie gdyż rzeczywiście, dodawało ono energii do działania. Do wytwarzanego z mąki amarantusowej pieczywa zazwyczaj dodawano miód. Kiedy wybuchała wojna, miód zastępowała krew pojmanych jeńców, mająca rzekomo dodać męstwa walczącym.
Wielką ironią jest historia ponownego odkrycia amarantusa, którego dokonał pewien mnich, po  kilkuset letniej absencji tej wspaniałej rośliny w świadomości społeczeństwa, rozpoczętej już w czasach krwawej dominacji chrześcijaństwa, która rękoma konkwistadorów zamieniła w pył niezliczone ilości amarantusowych zbiorów, przeklinając roślinę jako pogańską, nadając jej jednocześnie niechlubny przydomek diabelskiego ziela. Zadziwiające jakie scenariusze wykreować potrafi umysł ludzki.

Gatunek ludzki jest w tym momencie bardzo podobny do syna marnotrawnego, który oddalił się znacznie od swego domu, w naszym przypadku jest to natura, po to by żyć w izolacji od niej, a teraz zrozumiawszy swój błąd, próbuje wrócić.Często zapominamy, wydaje nam się, że wiemy lepiej co dla nas najlepsze, jak powinniśmy żyć, co powinniśmy jeść i jak o siebie dbać, nie dajemy wiary, że coś pozornie uśpionego, może tętnić życiem i nas tym życiem obdarowywać poprzez owoce swojej wspaniałości. Jednak kiedy tylko zaczynamy wątpić w naszą teorię, dostrzegać w niej luki i nieśmiało znów zwracamy się ku naturze, ona obdarza nas jeszcze większą troską, pomagając wrócić nam szczęśliwie do źródła i cieszyć się jej możliwościami. Czyż wymarzyć można sobie wspanialszą miłość?


sobota, 4 czerwca 2016

Bzowe żniwa

Jak co roku wiosna rozkwita tysiącem barw i zapachów, karmiąc każdy z naszych zmysłów błogim powiewem świeżości, pomagając im niejako odrodzić się po biernym dość okresie zimowym. 
Cykliczne "ożywienie" przychodzi w towarzystwie licznej armii bujnej roślinności. Wśród nich szczególnym upodobaniem ze strony tubylczej ludności cieszy się, niezwykłej urody i intensywnej woni, syringa vulgaris. Hodowlany, choć często wyrywający się spod kontroli tubylców bez, nazywany lilakiem pospolitym. Roślina, przez wzgląd na swoje walory naturalne, bywa zabijana by przez pewien czas zdobić tubylcze strzechy, wypełniając je przy tym swą odżywiającą wonią. Zaraz po tym jak roślina zdąży rozwinąć się, by cieszyć ludzi swym pięknem, rozpoczynają się rytualne żniwa, w trakcie których bzowe krzewy zostają obdarte ze swych uroków, do wysokości około dwóch metrów, będącej granicą dla zasięgu ludzkich kończyn. 
Przykry to widok, gdy człowiek siłuje się z delikatną gałązką bzu, nie mogąc oderwać kwiatu od jego macierzy po to tylko, by złożyć go na swym stole i przez kilka następnych dni obserwować jego powolne umieranie. Jeszcze trudniej patrzeć na efekt tych zmagań - poobgryzane, poszarpane, okradzione ze swej wspaniałości kikuty. Niezrozumiały akt oszpecenia przestrzeni, w której przecież człowiek egzystuje i który powinien mu sprawiać radość. Nie sprawia, gdyż sam o to nie dba. Niezbadane są nawyki ludzi.

'veni, vidi, et non creditis'

piątek, 3 czerwca 2016

IV Prawo kreacji: Zmienna jest jedyną stałą



Morderstwo w afekcie

Trafiłem kiedyś film dokumentalny, w którym grupa ludzi badała przyczyny nagłej śmierci wielu zdrowych antylop, na obszarze dotkniętym długotrwałą suszą, na którym jedynym źródłem pożywienia były liście drzew akacjowych. Zwierzęta, motywowane naturalnym instynktem przetrwania, korzystały z jedynie dostępnego źródła witamin i składników mineralnych, by zapewnić sobie przetrwanie. Mimo to, kolejne osobniki padały jeden po drugim. Po przeprowadzeniu licznych sekcji zwłok okazało się, że jakiś zewnętrzny czynnik miał wpływ na efekt fermentacji w żołądkach zwierząt, czym spowodował ich zatrucie. W procesie dalszych badań dowiedziono, że czynnikiem tym była tanina, związek wytwarzany m.in. przez akacje, w celu obrony przed pasożytami i roślinożernymi owadami, a w tym przypadku przed szukającymi pożywienia antylopami. Żołądki tych istot nie poradziły sobie z wyeliminowaniem trucizny, przez co zmarły. W wyniku kolejnych analiz, okazało się, że zawartość taniny w liściach akacji była nawet czterokrotnie większa tam, gdzie żerowały antylopy. Było to więc planowane, naturalne zabójstwo, którego dokonały liście akacji, na niczego nieświadomych zwierzętach. Reakcja na nadmierną eksploatację przyniosła natychmiastowy efekt w postaci naturalnej broni chemicznej, mającej zapobiegać przed zjedzeniem wszystkich liści, co wiązałoby się z uschnięciem drzewa.
Najbardziej zdumiewającym był fakt, że zwiększoną zawartość trującego związku wykryto nie tylko w liściach drzew, które zwierzęta obgryzały, ale również w pozostałych, znajdujących się na danym terenie. Oznaczało to, że poszczególne akacje, w jakiś sposób się porozumiewały. W tym przypadku był to etylen wydzielany przez roślinę i rozpylany, jako sygnał alarmowy, za pomocą wiatru. 
Przykład zabójczych akacji nie jest wyodrębnionym przypadkiem, świadczącym o inteligencji roślin i umiejętności porozumiewania się. Weryfikuje to błędny pogląd na temat tego, że jesteśmy o wiele bardziej skomplikowanymi i inteligentniejszymi istotami od roślin. Wbrew pozorom, są one do nas podobne. Myślą, czują i komunikują się w analogiczny sposób jak ludzie, tylko na nieco innym poziomie.

wtorek, 10 maja 2016

Cytrynowe dłonie

Rzec by można, że natura daje nam się wykorzystywać do ostatniej kropli, pozwalając nam czerpać ze swych zasobów pod wieloma postaciami. Weźmy na przykład taką cytrynę. Możemy korzystać z jej możliwości w postaci wyciśniętego soku, skórkę możemy dodawać do wody, którą pijemy, a miąższ stosować jako balsam wzmacniający włosy. Przydatne okazać się może także wszystko to, co zostanie nam po uzyskaniu soku i odjęciu skórki. Wyciśnięte wnętrze cytryny może wpływać łagodząco i wzmacniająco na nasze dłonie, jeśli tylko przetrzemy je nim dwa razy dziennie. Dłonie zachowają biel i delikatność i będą bardziej odporne na zmiany temperatury.

piątek, 6 maja 2016

Dwugłowy tulipek

Nie przestaje mnie zadziwiać. Natura!


"Jeśli jest gdzieś leśne niebo,
on z leśnego nieba spłynął,
śród ogrodu zdziwionego,
tuż nad ziemią się zatrzymał."

środa, 4 maja 2016

'Pszczoły, aby wytworzyć funt miodu, muszą przelecieć 75 000 kilometrów.'

Czerwony śnieg

'Niejednokrotnie można spotkać w górach, zwłaszcza na śniegu lub powierzchni topniejącego lodu, czerwone plamy. Są to kolonie glonów naśnieżnych, które rozwijają się w temperaturze 0 stopnia Celsjusza lub nieco wyższej. Już temperatura + 4 stopnie niszczy je.'

Taniec pszczół

'Pszczoła, która natrafiła na źródło nektaru lub pyłku, po powrocie do ula, w specjalny sposób informuje o tym pszczoły znajdujące się w ulu. Jeżeli źródło pożytku znajduje się w odległości 20-30 m, wykonuje tzw. taniec okręcany. Biegnie po niedużej przestrzeni plastra, dookoła jednej komórki, zataczając krąg lub dwa, w prawo lub lewo. Potem obraca się i biegnie w kierunku przeciwnym. Taniec ten nie informuje jednak, w jakim kierunku należy szukać pożytku. 
Jeżeli odległość między ulem, a źródłem pożytku wynosi ponad 100 m, pszczoła biegnąc po plastrze zatacza półkole w jedną stronę, a następnie po linii prostej wraca do punktu wyjścia, wywijając przy tym odwłokiem i wykonuje półkole w przeciwną stronę. Potem znów przebiega tor prosty itd. O odległości, w jakiej znajduje się źródło pożytku, świadczy częstotliwość "wywijań" odwłokiem podczas ruchu po prostej. Przy odległości około 300 m pszczoła powtarza ten bieg tylko 2 razy w ciągu 15 sekund.'