czwartek, 27 kwietnia 2017

Odwiedziliśmy polskie Stonehenge

Człowiek z natury lgnie do tego, czego nie rozumie. Owiane tajemnicą, zaklęte piętnem milczenia miejsca, które widziały więcej i więcej przeżyły niż całe gromady ludzi, mijających je w pośpiesznym tempie życia, zerkających nań jedynie w ramach ściśle uregulowanej rozrywki, są dla człowieka niczym róża, która wyrasta z bezkresu szarości, zachowując dystans do wszystkiego, co poza nią. W świecie, w którym magia i przygoda są jedynie literacką fikcją, każdy kontakt z takowym miejscem lub zjawiskiem jest jak powiew świeżego powietrza, przerwa od niekończącej się karuzeli myśli, pożądań i oczekiwań.

Jednym z takich magicznych miejsc, które wprowadza człowieka w stan wyjątkowego poruszenia, jest według mnie Rezerwat Kamienne Kręgi w Odrach. Miejscowość położona w sercu sosnowych borów, na terenie gminy Czersk, skrywa nieodgadnioną po dzień dzisiejszy tajemnicę drugiego największego i najstarszego w Europie, zaraz po Stonehenge, kompleksu megalitycznych kręgów. Na jego terenie znajduje się 10 kamiennych kręgów o średnicach od 15, do 33 metrów, utworzonych z kamieni głównych w liczbie od 16, do 29, osadzonych na "podmurówce" z mniejszych kamieni. Poza nimi, na terenie rezerwatu znajduje się 30 zbiorowych mogił o średnicy od 8, do 12 metrów, a także ponad 600 pojedynczych grobów, oczko polodowcowe o niezwykłej historii oraz elipsa emanująca boską energią.

W niewzruszonym milczeniu strzegą swej tajemnicy
Wędrówkę po niezwykłym rezerwacie rozpoczęliśmy od polodowcowego oczka, które jest ziemnym lejem, powstałym ponoć, w miejscu zapadnięcia się kościoła. Podczas badań, w jego wnętrzu, natrafiono na spalone ludzkie szczątki, przez co powstała teoria, wedle której składano w nim ciała ludzi, którzy swą życiową postawą nie zasłużyli na godny pochówek. Nocą, w tym miejscu, pojawia się duch pokutującej damy, który ma snuć się pomiędzy kręgami, przy akompaniamencie szumu wiatru, który, kiedy się w niego wsłuchać, zdaje się brzmieć jak kościelne dzwony. 


Warto zatrzymać się przy ziemnym leju i oczyścić ze wszelkich złych myśli, by móc w pełni cieszyć się doświadczaniem energii w dalszej części zwiedzania.


Każdy kolejny krok upewniał nas, że uczestniczymy w czymś niezwykłym. Zachwyt megalitycznymi kręgami potęgowany był przez uczucie niezwykłości tego miejsca, zdawało się jakby energia wydarzeń z przeszłości unosiła się wokół nas, jakby kamienie próbowały coś podszeptywać.




Towarzyszące kręgom legendy, przez lata budziły pewien lęk wśród lokalnej społeczności, czym przyczyniły się do wytworzenia autonomicznego systemu obrony przed zniszczeniami, spowodowanymi ludzką ręką. Efektywna ochrona wpłynęła z kolei na wytworzenie idealnych warunków do rozwoju całych kolonii porostów, wśród których nieliczne pamiętają początki naszej ery. W ostatnich latach zniknęło stąd kilka z nich, do czego aktywnie przyczyniają się turyści odwiedzający rezerwat, w związku z czym należy pamiętać, by ostrożnie przemykać pomiędzy kręgami i pod żadnym pozorem nie dotykać, nie głaskać i nie przytulać się do kamieni, by przypadkiem nie zniszczyć trwającej od tysięcy lat istoty.



Przy kręgu IV weszliśmy na taras, z którego rozpościerał się widok na większą część rezerwatu, którego całkowity obszar to ponad 16 ha. Energia w tym kręgu wynosi 100 000 jednostek w skali Bovisa, używanej przez radiestetów do pomiaru promieniowania i określenia poziomu bioenergetycznego. Punktem zerowym skali jest 6500 jednostek, których wartość uznawana jest za neutralną dla człowieka. Wszystko poniżej niej oddziałuje na nas negatywnie, zaś powyżej - pozytywnie.




Znajdując się wewnątrz kręgu, jesteśmy ponoć całkowicie odizolowani od wszelkiej negatywnej energii, a on sam otacza nas ochroną, dzięki czemu czujemy się w nim bezpieczniej. Kręgi rzeczywiście wytwarzają wyczuwalną energię, która bardzo pozytywnie wpływa na organizm, oczyszczając i otwierając przy tym umysł. Zazwyczaj tłumaczy się to efektem placebo, jednak to, co się czuje nie wydaje się być wytworem sugestii. Weszliśmy na teren rezerwatu bez świadomości tego, co nas tam spotka, a mimo to każda osoba odczuwała pewną niewytłumaczalną różnicę znajdując się we wnętrzu poszczególnych kręgów, z których, jak się później dowiedziałem, każdy emanuje inną energią, mogącą pomóc nam przestroić poszczególne aspekty naszej egzystencji.



W końcowym etapie wędrówki trafiliśmy do niepozornego miejsca, w kształcie okręgu, z ławkami pośrodku i tablicą informacyjną na przeciwko nich.



Zwiedzanie rezerwatu przyspieszyła nam nieco pogoda, która słoneczny dzień, zamieniła w burzowe popołudnie. Przy akompaniamencie grzmotów i piorunów, na nasze głowy opadał grad, co było zjawiskiem od lat niespotykanym na tym terenie.
Mimo nagłego załamania atmosferycznego opuszczaliśmy rezerwat w pełni usatysfakcjonowani, spokojni, oddając się kontemplacji nad fenomenem tego miejsca. Osobiście zdawało mi się odczuwać pewnego rodzaju sentyment, nie chciałem odjeżdżać. Rezerwat odwiedziłem pierwszy raz, a mimo to miałem nieodparte wrażenie, że wracam w dobrze znane miejsce. To w dużej mierze zasługa energii, której doświadczyłem podczas zwiedzania kamiennych kręgów. Nie da się tego opisać, ani zrozumieć, ale to miejsce żyje.

Historyczna polemika
Kamienne kręgi w Odrach to teren budzący wiele kontrowersji, sprzecznych wizji i niejasnych wyjaśnień, z których każde wydaje się być niedokończoną historią. Pierwszym, który spróbował nadać jej tor, był gdański archeolog Abraham Lissauer. W XIX wieku, na podstawie znalezionych części krzemiennych narzędzi, określił czas powstania kręgów na okres neolitu. Kilkadziesiąt lat po jego teorii, stworzono nową, wedle której kręgi powstały znacznie później, na przełomie er, a ich twórcami, mieli być Prasłowianie. W okresie II Wojny Światowej, Niemcy stwierdzili, iż kompleks kamiennych kręgów jest germańskim sanktuarium. Najnowsza, a zarazem ogólnie przyjęta za pewnik, teoria mówi o tym, iż około roku 70, na tereny dzisiejszego rezerwatu i okalających go lasów, przybył lud Gotów, który uformował kamienne kręgi, tworząc cmentarzysko, będące jednocześnie miejscem spotkań starszyzny, obradującej w najważniejszych dla plemiona kwestiach. Goci opuścili „cmentarzysko” około roku 220. Zgodnie z rozkazem swego króla Filimera, podążyli w kierunku południowo-wschodnim, nad Morze Czarne. W Odrach pozostawili 30 kurhanów i ponad 600 mniejszych grobów różnego rodzaju. Archeolodzy badający ten teren wydobyli z nich, obok szkieletów, wiele przedmiotów codziennego użytku, ozdób i narzędzi, które pozwoliły stworzyć wizję funkcjonowania społeczeństwa Gotów, ich życia codziennego, hierarchii społecznej, a nawet duchowości, czy stanu zdrowia ówczesnych mieszkańców tych terenów.
Goci dość skrótowo rozwiązują zagadkę powstania kamiennych kręgów, spłycając ich funkcję do czysto obrzędowej, będącej elementem ich duchowości. Jak było na prawdę? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, iż „teoria cmentarna” jest zbyt powszechnie stosowaną w przypadku takich odkryć i miejsc, których nie można wytłumaczyć w ówczesnym sposobie myślenia. To nasza kultura wprowadziła zjawisko pomnika, jako elementu obrzędu pośmiertnego. Nasi przodkowie rozumieli czym jest śmierć, a właściwie czym nie jest i nie celebrowali jej nadejścia z adekwatnym dla nas rozżaleniem. Osobiście mam nieodparte wrażenie, iż teoria Gocka, jest przystępną formą kamuflowania zjawiska, którego nie rozumiemy, a sam lud Gotów jedynie zasymilował kręgi mocy. Pozostając na tym terenie przez dłuższy czas, zaczął chować swych zmarłych możliwie najbliżej kręgów, w celu ochrony ich dusz.
Inna, zgoła odmienna teoria, mówi o możliwości wykorzystywania kamiennych kręgów do obserwacyjnego wyznaczania momentów przesileń. Taką wizję wysnuł niemiecki geodeta Paul Stephan, który uważał również, że cały kompleks był dodatkowo czymś w rodzaju współczesnego kalendarza, w którym kolejne kamienie obwodowe miały odmierzać upływające dni, natomiast centralne kamienie były przeziernikami, w których obserwowano tarczę Słońca na tle horyzontu.

Historii dotyczących powstania i przeznaczenia kręgów jest wiele, wiele z nich zostało zapewne zmyślonych, przeinaczonych lub zwyczajnie spłyconych do granic ludzkiego pojmowania rzeczywistości. Nie wiemy kim byli twórcy megalitycznych kręgów w Odrach, ani jaka była ich pierwotna funkcja. Wiemy niewiele, a nasza wiedza to wynik kierunkowanej narracji i interpretacji, którą obraliśmy. Jedni zobaczą w nich cmentarzysko Gotów, dla innych będzie to pozostałość świętego gaju Słowian. Teorii jest wiele, a każda z nich ma jeden punkt wspólny – energia tego miejsca. Jest niepodważalna, odczuwalna mocniej z każdą kolejną chwilą spędzoną w towarzystwie kamiennych kręgów. Las wokół nich żyje jakby wyraźniej, jego kolory są głębsze, roślinność wydaje się być nieskazitelnie czysta, nietknięta smugą cywilizacji. Całe to miejsce odżywia nas czymś, czego jesteśmy świadomi, ale nie możemy objąć swym rozumem. I to jest największą nauką, jaka płynie z wizyty w Odrach. Nie próbujmy wszystkiego określać, nazywać, czy rozumieć. Rzeczą ludzką jest się mylić, więc błędna interpretacja jest niemal znakiem rozpoznawczym naszego umysłu. Chcemy wiedzieć, a nie doświadczać, mieć, a nie czuć. Widzimy, ale nie dostrzegamy tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

Czym są kamienne kręgi? Nie mam zielonego pojęcia, ale bardzo chętnie spotkam się z nimi raz jeszcze, gdyż niezwykłą uczyniły mi radość.

środa, 26 kwietnia 2017

Nie da się wejść drugi raz do tej samej rzeki

Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody. Autorem tych sentencji jest Heraklit z Efezu, który zamknął w nich zasadę funkcjonowania wszechświata oraz wszelkiej materii. Twierdził, że ich naturą jest ciągła przemiana. Wszystko płynie, a więc niemożliwym jest wejść drugi raz do tej samej rzeki, gdyż jest to już inna rzeka. Zmieniają się okoliczności współtowarzyszące, zarówno w postaci czynników zewnętrznych, jak i wewnętrznych przemian w człowieku, które wpływają na zupełnie inny rezultat podjętego działania. Nie można się cofnąć, złapać chwili, która uciekła. Pozostaje tylko Teraz. Za każdym razem chodzi o Teraz.

Żyjemy w świecie pojęć względnych, toteż dla każdego z osobna, każde pojęcie, czy sentencja będzie miała inny wymiar. Każdy się myli na swój własny sposób. Kiedy jednak grupa ludzi zaczyna się mylić w ten sam sposób, dochodzi do interesujących wypaczeń, tak jak w przypadku powyższej sentencji, którą sprytnie przejęliśmy, oszlifowaliśmy i zmieniliśmy nieco nastrój, tworząc z niej truistyczną wymówkę, tłumaczącą niechęć powtórzenia jakiejś czynności, bądź szeregu zdarzeń. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? Ale dlaczego?

sobota, 15 kwietnia 2017

Odkryłem dwa nowe smaki!

Mam wrażenie, że doświadczamy ostatnimi czasy kuchennego pospolitego ruszenia. W szybkim tempie mnożą się programy o gotowaniu. Książki o gotowaniu zalewają księgarnie i okoliczne sklepy. Konkursy, turnieje, rewolucje i rywalizacje na tle kulinarnym sprawiają, że naszym drugim narodowym sportem, zaraz po piłce nożnej, stało się gotowanie.

Media nas edukują w tematyce gastronomii - mówią co, mówią z czym, mówią jak i jak długo. Jak długo to potrwa? Czuję się tym lekko przytłoczony, gdyż według mnie ta obecna moda, ma w sobie podtekst manipulacyjny, programujący nowe, kolejne pokolenie, które pół swojego życia spędzi w kuchni. Dla smaku, po to, aby comber jagnięcy z sosem balsamicznym z cytryną i rozmarynem na purée z batatów wyszedł idealny. 

Idealne to będzie soczyste jabłko, do którego nikt się nie dobierał by je ulepszać. Tak, uwielbiam prostotę, zarówno w życiu, jak i w gastronomii, a fakt, że jestem w tej materii zwyczajnie niepełnosprawny zupełnie mi nie przeszkadza i szczerze, gdybym miał do wyboru wyżej wymieniony comber i polskie jabłko, bez wahania wybrałbym drugą opcję. 

Jabłka jem praktycznie codziennie, nie tylko w formie przekąski, ale także, jako właściwy posiłek, często dodając do niego inne produkty - masło orzechowe, sałatę, miód, co kto woli. Ostatnio jednak, jedząc jabłko, chwyciłem za roślinkę, której dotąd nigdy z nim nie łączyłem, a którą również spożywam bardzo często. Chodzi o bazylię, na dwa kęsy jabłka, dodałem kilka listków bazylii i aż się rozpromieniłem. Z miejsca, smak jabłkowo - bazyliowy, stał się mym ulubionym. Kombinacja odżywczego jabłkowego miąższu z olejkiem eterycznym z bazylii wprowadziła mnie w stan chwilowej euforii powodowanej smakiem, który właśnie poznałem. Był cudowny - odżywczy, orzeźwiający i energetyzujący.

Drugim smakiem, bazującym również na jabłku, był smak jabłkowo - ogórkowy, tym razem w postaci soku, którego składniki komponowały się w sposób równie niesamowity i orzeźwiający jak w poprzednim przypadku.  

Jabłko uważam za idealny przykład rodzimego produtku, będącego najlepiej zaprojektowaną formą paliwa dla ludzkiego organizmu. Może być podawane w dowolnej formie, ilości, kombinacji. Jest odżywcze, łatwo przyswajalne i lekkostrawne. Gdybym miał wybrać jeden pokarm, który miałbym spożywać do końca życia, przy jednoczesnym odebraniu mi wszystkich innych kulinarnych możliwości, to wybrałbym właśnie jabłko.

II. Uważam nie

Życie jest wspaniałe. Manifestuje się szeroką gamą barw, uczuć i smaków, którymi możemy cieszyć nasze doczesne kreacje, napawając się możliwościami, jakie daje nam siła twórcza natury. Wszystko, czego doświadczamy w świecie domniemanym, przychodzi do nas właśnie poprzez nią, czy to w formie czynników zewnętrznych, czy też naturalnych uwarunkowań naszych organizmów, które są częścią naturalnego imperium natury - matki, która swym dzieciom ofiarowała wszelkie swe dobrodziejstwa, oczekując w zamian jedynie harmonii i podporządkowania się prostym zasadom scalającym rozległy wszechświat do formy ówcześnie nam znanej.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cukinia na szybko i na później

Kuchennych improwizacji ciąg dalszy. Tym razem połasiłem się na pieczoną cukinię z farszem warzywnym. 
Do jego przygotowania wykorzystałem okrągłą odmianę warzywa, którą przeciąłem w poziomie, dla uzyskania naturalnego pojemnika na farsz. Wcześniej wyżłobiony z cukinii miąższ, który zblendowałem, posłużył mi jako sos, który scalił pozostałe elementy farszu, wśród których tym razem znalazły się: seler naciowy, ziarna słonecznika, papryczka chili, nać pietruszki, świeża bazylia, rukola, pomidor, odrobina sera oraz przyprawy. Farsz, który równie dobrze może być świeżą sałatką, wykonujemy poprzez posiekanie i pomieszanie wszystkich składników z ulubionymi przyprawami, bądź dodatkami. Ziarna słonecznika można z powodzeniem zastąpić pestkami dyni lub orzechami. Całość to spontaniczny miszmasz, dlatego przepis jest tu tylko formą dodatku. 
Wyżłobione ze swego miąższu cukinie, obsypujemy wewnątrz kurkumą, po czym napełniamy ją naszą sałatką. W takiej postaci cukinia wygląda już na tyle atrakcyjnie, że z powodzeniem można ją zajadać na surowo. Kto jednak nie jest przekonany do tejże formy, uruchamia piekarnik i przy temperaturze 200 °C, po około 30-40 minutach, może zajadać pięknie przypieczoną cukinię z warzywnym farszem w środku. 
Smakowitości!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

I. Uważam nie

Życie w mieście potrafi wnieść wiele chaosu do naszego codziennego funkcjonowania, bywa przewrotne, irytujące i nieznośne, ale są takie momenty, w których pozwalam sobie z dziecięcym uśmiechem i lekkością wejrzeć nań zupełnie niezobowiązująco, przez co spojrzenie na niektóre sprawy i problemy stwarza zupełnie nową przestrzeń. Tak jak dziś. Leżę sobie, obserwując myśli przelatujące przez moją głowę, próbuję znaleźć w nich jakąś regułę, momentami układam je jak klocki. Jest ciepły wieczór, pogrążam się w kolejnym zamyśle, kiedy nagle, przez otwarte w pokoju okno, dobiega mych uszu dźwięk trzepanego, na osiedlowym trzepaku, dywanu. Zmąciło to oczywiście moje rozmyślania, ale mój spokój pozostał niezmącony. Przeciwnie, zrozumiałem jak prozaiczne jest życie, gdy receptą na myślowe bolączki może być dla nas tak banalna czynność. Jeśli dręczy Cie jakiś problem, to po prostu się zmęcz fizycznie, dając jednocześnie odpocząć swemu umysłowi. Zrób coś tak banalnego, do wykonania czego nie potrzebujesz uaktywniać myśli. Biegaj, pływaj, spaceruj, rzucaj, krzycz, trzep dywan, uzewnętrznij się, po czym wróć do siebie, wejrzyj na problem raz jeszcze i znajdź najlepsze rozwiązanie. 


Gdybym był wampirem, piłbym sok z marchwi

Wampiry są istotami, które jednych przerażają, a innych fascynują. Ja jestem gdzieś po środku, gdyż fascynująca i przerażająca jednocześnie jest dla mnie ich wizja wykreowana przez popkulturę. Nie wiem, jak można było z tak istotnego i niezwykle niebezpiecznego zjawiska, jakim jest wampiryzm energetyczny, stworzyć tak banalną bajeczkę dla społeczeństwa, jaką są wampiry żywiące się ludzką krwią.

O wampiryzmie energetycznym uzewnętrznię się w innym czasie, gdyż chciałbym tym razem krótko odnieść się do wynaturzonej wizji wampira i jego zapotrzebowania na ludzką krew, która w dzisiejszych czasach jest wysoce zanieczyszczona i dalece odbiega od swej pierwotnej struktury. Wampiry, które żywiłyby się krwią ówczesnych ludzi, musiałyby stosować przy tym regularną suplementację wspomagającą, gdyż nasza krew jest w coraz gorszym stanie i drastycznie różni się od krwi, którą nosili w sobie nasi przodkowie. Uboższa zawartość witamin i minerałów sprawia, iż jest ona coraz mniej wartościowa, zarówno dla jej nosiciela, jak i potencjalnego pasożyta, który miałby się nią pożywić, w związku z czym rodzi się swoisty żywieniowy problem dla wszystkich, ówcześnie żyjących wampirów. Szybko jednak można sobie z tym problemem poradzić, zmieniając nieznacznie swoje nawyki żywieniowe.

Gdybym to ja był wampirem potrzebującym codziennej porcji ludzkiej krwi, to zdecydowałbym się przejść na o wiele ekonomiczniejsze i zdrowsze paliwo, jakim jest sok z marchwi. Sok wyciśnięty z królowej warzyw ma zbliżony skład i strukturę do ludzkiej krwi, z tą jedną różnicą, że zamiast atomu żelaza, występuje w nim atom magnezu. Cała reszta jest analogią, która stwarza ogromne możliwości nie tylko wampirom, ale przede wszystkim ludziom, którzy mogą w naturalny i jakże prosty sposób podnieść jakość swojej własnej krwi, a tym samym poziom własnego zdrowia, przetłaczając do organizmu organiczną krew, w postaci soku z marchwi. 

Siema życie!!!



środa, 5 kwietnia 2017


Wygrajmy z głodem dzięki topinamburowi

Wiele jest aspektów, w których przemysłowy hodowca roślin ustępuje hodowcy prywatnemu. Najbardziej znaczącym jest oczywiście jakość uprawianych roślin, które traktowane są w zupełnie inny sposób, zarówno pod względem nawożenia, ale także obchodzenia się z nimi. Drugim jest bezpośredni kontakt z producentem, który towarzyszy roślinie w całej drodze rozwoju, będąc zazwyczaj doświadczonym i zaprawionym w sztuce hodowcą, który wie jak nawozić, by nie zepsuć, ani nie zanieczyścić darów natury. Jestem przekonany, że gdyby nie wszechobecny napór sklepowych marek, manipulujących naszymi potrzebami, to większość z nas chętnie zaprzestałaby kupowania w dużych sieciach handlowych, na rzecz mniejszych przedsiębiorców, którzy oferują pewniejsze, bo naturalne, wytwarzane często od pokoleń produkty. Wbrew pozorom nie trzeba się wiele naszukać, by znaleźć odpowiednie źródło ekologicznej żywności. W każdym mieście jest bowiem jakiś ryneczek, na którym co tydzień stoi starsza, sympatyczna pani i oferuje najwspanialsze warzywa i owoce, z własnego ogrodu lub działki, a i chętnie co nieco o nich opowie.

Wczorajszego dnia i ja miałem przyjemność spotkania się z takową starszą panią, u której pojawiłem się niby przypadkiem, po pęczek pietruszki. Kiedy jednak zauważyłem skrzynkę pięknych bulw topinamburu, całkowicie już o niej zapomniałem. Gdy go rozpoznałem, starsza pani była mocno zdziwiona tym faktem, ale z pewnością ucieszyło ją, iż może mi opowiedzieć o tej niezwykłej roślinie. I tak w pierwszej kolejności dowiedziałem się, że topinambur świetnie reguluje ciśnienie krwi, a sam doktor z pobliskiej przychodni ostatnio zakupił kilka skrzynek od wspomnianej kobiety (plus dla pana doktora za zwrot ku naturalnej profilaktyce). Mało tego, jest świetnym towarzyszem wszelkich kuracji odchudzających, walki z cukrzycą oraz sezonowego oczyszczania organizmu. 
Jak go podawać? Tutaj ukłon w stronę pani, która edukowała już nie tylko mnie, ale także kilka innych osób, przysłuchujących się naszej wcześniejszej dyskusji. Otóż drodzy państwo, jak nam się żywnie podoba. Nawet chipsy można dzieciom z topinamburu zrobić, tak samo pyszne jak te, które pani starsza robi swoim prawnukom. I, tu cytując: "takie chipsy można dziecku dać, a nie te śmieciowe ze sklepu". Jak tu się nie zgodzić? 

Przy okazji, wiedząc, że topinambur nie potrzebuje zbyt wiele opieki, ani specjalnych warunków do prawidłowego rozrostu, stwierdziłem, że z powodzeniem mogę go zasadzić u siebie na działce, toteż zasięgnąłem potrzebnych ku temu informacji od pani z rynku i już po chwili miałem w ręku reklamówkę mniejszych bulw, idealnych na sadzonki. I tym razem nie obyło się bez interesujących informacji. Dowiedziałem się bowiem, w ramach ciekawostki, że topinambur znacząco przysłużył się do odniesionego przez Napoleona zwycięstwa w wojnie, bądź bitwie, o której szczegóły nie zapytałem, przez wzgląd na mniejsze zainteresowanie takimi detalami. Istotnym był fakt, iż błądzący na obcych terenach Napoleon, znalazł przypadkowo pole uprawne topinamburu, co pozwoliło mu wykarmić swoją armię i przetrwać dłuższy okres walki. Rozmach niesamowity, podobnie jak uśmiech pani, przyznającej się nieśmiało, że interesuje się historią. Widok tak uroczy, że aż trudno go opisać. Przyszedłem po pietruszkę, odchodzę z dwoma reklamówkami topinamburu, mini lekcją historii i ogromnym uśmiechem na twarzy. Próżno szukać lepszej obsługi w jakimkolwiek sklepie.

Na koniec naszej rozmowy, z ust starszej pani, padło piękne zdanie, które skłania mnie do refleksji nad tym naszym człowieczeństwem: "Panie, topinamburem to można by wszystkich głodujących nakarmić."  Jeżeli można, to dlaczego nikt dotąd nie spróbował?

wtorek, 4 kwietnia 2017

Dlaczego mięso nam nie smakuje?

Jakiś czas temu znajomy zwrócił mi uwagę na pewien mały szczegół, który całkowicie mi dotąd umknął, a który potwierdza tezę o tym, iż ludzki organizm nie jest przystosowany do spożywania i trawienia mięsa. 
Przyjmując, że człowiek instynktownie dobiera sobie wszystko to, co jest dla niego dobre i przyjemne, to w kwestiach kulinarnych będzie kierował się smakiem. Smacznym określimy owoce, warzywa, orzechy - wszystko to, co wyraża się jakąś paletą smaków, która z kolei przypada nam do gustu. 
Jak wygląda sprawa z mięsem? Czy mięso nam smakuje? Pomyli się ten, kto pochopnie odpowie twierdząco. Mięso nie ma szczególnego smaku, a dla ludzkich bodźców smakowych jest zwyczajnie mało atrakcyjne. To co nam smakuje, to przyprawy, które w postaci panier, marynat, sosów i różnego rodzaju dodatków, towarzyszą mięsu. Dzięki nim nasze zmysły smakowe zostają oszukane, a my zjadamy coś, co nam w gruncie rzeczy nie smakuje.

wtorek, 14 marca 2017

Sokowirówka

Niewiele jest płaszczyzn porozumienia pomiędzy nowoczesną technologią, nastawioną na konsumpcyjny tryb życia ówczesnych ziemian, a naturalnym dobrodziejstwem ich matki. Zazwyczaj technologia próbuje wypierać naturę, pozornie bazując na jej źródłach, całkowicie lub częściowo mutując jej naturalizm w coś pozornie przydatnego i zrozumiałego, co w moim odczuciu jest zwyczajnie efektem wynaturzonej ludzkiej próżności.

Niewiele jest wynalazków, które nie rezygnują z naturalnych uwarunkowań czy produktów pochodzenia naturalnego, a ponadto korzystnie je wykorzystują. Do tej wąskiej grupy zaliczyłbym rower, który jest według mnie jednym z ciekawszych rozwiązań ludzkości, zarówno przez wzgląd na swoją prostotę, funkcjonalność, a także powszechność. Nie o nim jednak rzecz.

Sokowirówka jest jednym z tych pozytywnych wynalazków, z których chętnie korzystam, a który łączy w sobie dary matki natury z twórczą inwencją umysłu ludzkiego. Efektem takowego romansu jest wypełniony po brzegi dzbanek fantastycznej, wręcz kipiącej zdrowiem mieszanki warzywno-owocowej, która zachwyca paletą barw, smaków oraz różnorodną kompozycją witaminowo-mineralną.

Bazowym składnikiem naszego dzisiejszego soku będzie marchew oraz jabłko. Sok z marchwi, z racji swego strukturalnego podobieństwa do ludzkiej krwi, może śmiało zastąpić codzienną porcję mleka, które według mojej wiedzy, wcale nie jest tak wartościowe, jak się nam wmawia. W towarzystwie marchwi wystąpi dziś jabłko, z racji swej popularności i ogólnego dlań uwielbienia. Taki duet mógłby stanowić codzienną podstawę naszej diety, zapewniając nam dawkę witamin i minerałów, wzmacniających nasz organizm na wielu jego poziomach, skutecznie chroniąc go przed wieloma infekcjami i chorobami, w tym najgroźniejszym ówczesnym zagrożeniem - nowotworem. Do tego duetu dorzuciłem śliwki, których właściwości pomogą ustrzec się przed zaparciami i miażdżycą, a dodatkowo wzmocnią marchewkowe działanie przeciwnowotworowe. Kolejnymi elementami naszej dzisiejszej układanki są seler i pietruszka, oczywiście w części korzennej. Do części naciowej, zdecydowanie polecałbym blender. Pietruszka i seler to gwarancja wzmocnionej odporności, ale również korzystnego wpływu na narządy wewnętrzne oraz wzmocnienia włosów, skóry i paznokci. Na koniec dość zaskakujący duet, który uzupełni nasz dzisiejszy sok - pomarańcza w parze z kalafiorem. Niespodziewane zestawienie, ale któż mi zabroni? Zaznaczę, że kalafior wykorzystałem razem z oplatającymi jego główkę liśćmi, które nadały całości intensywnego aromatu i smaku. Zawarte w nim składniki chronią ludzki organizm przed wrzodami oraz reumatyzmem. A pomarańcza, jak to pomarańcza, wspaniale smakuje, do tego jest swoistą bombą witamin i energii, która pobudza nas do uśmiechu;)

A teraz pomyśl.. prawdopodobnie nigdy w życiu nie zjesz surowego kalafiora w połączeniu z pomarańczą. Brzmi to dość irracjonalnie i mogłoby to zwyczajnie być nieco skomplikowane. A tak, chwila pracy, trochę bałaganu oraz własnej inwencji twórczej i masz niezwykły, zdrowy i smaczny sok, który doładuje Cię niezbędnymi dla zdrowia składnikami.

niedziela, 19 lutego 2017

Obiad nieprzemyślany

Nie należę do osób, którym w smak jest napawać się pięknem przygotowywanych przez siebie potraw, ich smakiem, aromatem, czy sposobem podania. Według mnie najlepiej podane zostało nam to, co wisi na drzewach i krzewach i czeka, byśmy zechcieli nań spojrzeć. Nie lubię przygotowywać, doprawiać, łączyć i przełamywać. Lubię gdy jest szybko, możliwie jak najbardziej 'surowo', przy jednoczesnym zminimalizowaniu bałaganu, powstałego w trakcie przygotowywania pokarmu.

Moja ostatnia kombinacja jest banalnie prosta w wykonaniu, nie wymaga wielkiego nakładu sił, ani czasu, a i smakiem swym nie pozostawia żadnych zastrzeżeń.

Pieczone bataty z zieloną sałatką
Do przygotowania nieprzemyślanego obiadu potrzebujemy dwa bataty, seler naciowy, zieloną paprykę, por, czosnek, olej słonecznikowy, jogurt naturalny oraz według uznania zioła i przyprawy. Dużą część potrawy możemy sobie przygotować wcześniej, na koniec pozostawiając jedynie sam proces obróbki słodkiego ziemniaka.

Bataty kroimy w plastry zalewamy olejem słonecznikowym i obsypujemy kminkiem. Na ten moment koniec zabawy z ziemniakami. 
Przechodzimy do przyrządzenia zielonej sałatki. Kroimy seler, paprykę, por, czosnek, dolewamy odrobinę oleju, dodajemy jogurt naturalny, pieprz, świeżą bazylię, natkę pietruszki. Całość mieszamy i odstawiamy na jakiś czas, by składniki się w siebie wgryzły;)
Gdy już uznamy to za słuszne, możemy zająć się upieczeniem, bądź usmażeniem batata. Jest to ostatni akt nieprzemyślanego obiadu, po którym pozostaje nam już tylko podać obiad, nakładając jego jedną część, na drugą. 

Smacznego;)


sobota, 14 stycznia 2017

Kosmetyczna dynia

Wiele osób, chcąc zadbać o swoją urodę, ucieka się do stosowania chemicznych kosmetyków, które nawet jeśli zawierają naturalne składniki, to są one przetworzone i zdecydowanie trudniej wchłanialne przez nasz organizm, niż składniki organiczne. Zamiast tego, co wydaje nam się częstokroć zbyt banalne i irracjonalne by mogło zadziałać, możemy bez żadnych obaw zacząć stosować kosmetyki naturalne, które oczywiście w gruncie rzeczy kosmetykami nie są, gdyż możemy używać naturalnych produktów w postaci 'surowej', bez wcześniejszego przygotowania.

Idealnym tego przykładem jest dynia, której surowe kawałki posłużą nam do nawilżenia twarzy. Pocierając ją nimi, usuwamy dodatkowo nadmiar tłuszczu zgromadzony na powierzchni czoła i okolic nosa. Sok z dyni zastosujemy jako tonik regenerujący i odżywiający skórę. Dzięki zawartości witamin z grupy B, wykorzystamy ją w celu ochrony przed promieniowaniem ultrafioletowym oraz jako produkt łagodzący stany zapalne. Właściwości przeciwpasożytnicze i działanie przeciwnowotworowe czynią ją także naturalnym lekiem, z którego możemy korzystać bez jakiejkolwiek obawy o przedawkowanie, czy nieumiejętne stosowanie.

Właściwie możemy wszystko, a wszystko zależne jest od naszych intencji. W dzisiejszych czasach szkopuł tkwi jednak w naszym postrzeganiu. Człowiek smarujący się kremem uznany zostanie za normalnego, cywilizowanego człowieka, natomiast ten, który smaruje się dynią, będzie niejednokrotnie określony mianem dzikusa. I tu rodzi się pytanie: Czy na prawdę tak dumni winniśmy być z naszego 'ucywilizowania'? 

sobota, 7 stycznia 2017

'Gdy wchodzisz w las stajesz się drzewem, co w Twojej ciszy się rozrosło,
a kiedy nurt przemierzasz łódką, wtedy udziela Ci się wiosło.'
'Nie znajdziesz obiecanej ziemi, od pól polarnych, aż po równik
i tylko czasem będą chwile, gdy serce tak jak most zadudni.'
'Gdy ptak zawraca ku ścierniskom, niepokój bruzd rozdajesz polom,
prześcigniesz ptaka w locie myślą, z zazdrości ptakom jest samolot.'

czwartek, 5 stycznia 2017

Lìzhī - śliwka chińska


Liczi, nazywane również kurzym językiem, jest jedynym w swoim rodzaju', niesamowicie smacznym potentatem przeciwnowotworowym, który w czasach starożytnych Chin uchodził za owoc dodający sił witalnych i poprawiający nastrój. Obecnie wiemy, iż jego działanie nie ogranicza się wyłącznie do poprawiania nam humoru, aczkolwiek jest to cecha niezwykle przekonująca do jego spożycia. Owoc jest bogaty w duże ilości witaminy C oraz potasu, dzięki czemu wzmacnia nasz organizm, regulując przy tym ciśnienie krwi, korzystnie wpływając na nasze serce, utrzymując w zdrowiu i sile naczynia krwionośne. Ponadto zawiera w sobie witaminy: B6, E, K, tiaminę, ryboflawinę, niacynę oraz minerały: wapń, magnez, żelazo, fosfor, sód i cynk. Wspomniane już działanie przeciwnowotworowe liczi zawdzięcza pokaźnej porcji antyoksydantów. Regularne spożywanie liczi może chronić nas przed tzw. stresem oksydacyjnym (stanem zakłóconej równowagi pomiędzy wolnymi rodnikami, a oksydantami) prowadzącym do możliwości zaistnienia wielu różnych chorób, w tym nowotworów. Dzięki zawartości polifenoli, śliwka chińska może wspomagać profilaktykę przeciwmiażdżycową. Liczi wykazuje również działanie przeciwwirusowe i przeciwzapalne. Z lekkim dystansem powinny do niego podejść osoby będące w trakcie odchudzania lub cierpiące na cukrzycę, gdyż owoc zawiera w sobie duże ilości cukrów. Jako ciekawostkę wspomnieć warto, iż możliwościami liczi, zachwycał się sam Konfucjusz.


Pod zrogowaciałą skorupką owocu znajduje się delikatny, słodkawy miąższ, okalający brązową pestkę.

wtorek, 3 stycznia 2017

Niemy krzyk – na smyczy farmaceutów

Wiele jest spraw, które mi się nie podobają i to nie przez wzgląd na moje 'widzimisię', tylko dedukcję połączoną z odrobiną czystej, dziecięcej, nieskażonej żadnymi dogmatami, ani narzuconymi normami obserwacji. Owa niezależność, którą umożliwia mi pozostanie na stanowisku obserwatora, pozwala na kreowanie całkiem śmiałych, żeby nie powiedzieć zuchwałych wniosków. Czy nie jest bowiem zuchwale podważać aspekty tak niepodważalne w dzisiejszym świecie – szczerość polityków, duchowość duchownych, czy też kompetencje konwencjonalnych medyków? Otóż nie, nie jest. A wszystko co uznane za pewnik, winno być najpierwej poddane w wątpliwość. Tak więc, dziś nieco o tych wątpliwościach względem medyków.

Ułożyliśmy świat nasz w taki sposób, iż największą dozą zaufania obdarzyliśmy tych, którzy winni być najczęściej sprawdzani i najczęściej kontrolowani przez nas samych, przez nasz zdrowy rozsądek, a tymczasem pozostawiliśmy ich samych sobie. Ich decyzje w większości przypadków nie są poddawane jakiejkolwiek analizie, nie pytamy, nie opiniujemy, po prostu wypełniamy ich polecenia. Bezgranicznie im ufamy, choć ufność ta wynika raczej z naszych obaw niż pokładanych w nich nadziei. Dzieje się to wszystko przez politykę strachu i agresji, która jest nam wpajana do umysłów. Mamy się bać o swoje zdrowie, życie i potulnie wypełniać wszelkie instrukcje, jak mamy o to życie i zdrowie zadbać, co niestety nie do końca przekłada się na rzeczywiste efekty poprawy zdrowia i jakości życia.

Zawiść
Wiele jest powodów dla których medycyna konwencjonalna od samego swojego początku rywalizuje ze starszą i potężniejszą od siebie siłą natury. Jednym z nich jest zawiść, która tak pięknie manifestuje się w przypadku, kiedy nagle nagłaśniana zostaje sytuacja, w której jakiś znachor przyczynia się mniej lub bardziej do zagrożenia zdrowia lub życia jakiejś nieświadomej i naiwnej istoty, która zaufała jego szarlatańskim metodom leczenia. Medycyna konwencjonalna wyskakuje wtedy zza krzaka, w towarzystwie jak zawsze rzetelnych i kompetentnych mediów i wytykając palcem znachora, krzyczy na cały głos: Widzicie! Oni się mylą, tylko ja mam rację, tylko ja wiem jak was ochronić. Nie zbierajcie ziół, bo na pewno umrzecie. Ileż jest jednak przypadków błędów lekarskich, które pozbawiły kogoś życia? Iluż osobom odmówiono pomocy, ilu źle zdiagnozowano chorobę? Ja nie oskarżam nikogo, tylko pokazuję, że ów znachor jest tak samo omylny jak lekarz, który źle dobierze pacjentowi dawki leku. Tam gdzie pojawia się czynnik ludzki, tam musi być również przestrzeń na pomyłki.

Zazdrość
Kolejnym powodem, przeplatającym się niejako z zawiścią, jest zazdrość. Przeczytałem kiedyś pewną książkę traktującą o urynoterapii, jako metodzie walki z nowotworem. Jej autor, będący zarazem lekarzem i twórcą tej niezwykle kontrowersyjnej metody, twierdził, iż udało mu się wyleczyć z nowotworu wielu ludzi, wśród których znajdowały się osoby, którym lekarze dawali maksymalnie kilka tygodni życia. Autor opisywał ich przypadki, to z jakim nowotworem mieli do czynienia oraz jakie kroki podejmował, w celu ich wyleczenia. Co ciekawe, za każdym razem odnosił sukces w postaci pełnego wyzdrowienia pacjenta. Najbardziej zaskakująca i intrygująca była jednak reakcja lekarzy, którzy zetknęli się z wynikami jego pracy. W każdym przypadku twierdzono bowiem, że to nie mógł być nowotwór, skoro został wyleczony. Łatwiej było im przyjąć gorycz porażki, związanej z błędną diagnozą, niż fakt, iż ktoś był w stanie dokonać tego, czego im się nie udało. Najgorsze jest jednak samo podejście lekarzy do nowotworu. Z ich reakcji na urynoterapię wynika, iż nie wierzą oni w możliwość wyleczenia raka, traktując go niejako niczym wyrok skazujący nas prędzej czy później na śmierć. Dlaczego? Uważam, że naturalną reakcją powinno być zainteresowanie się efektami tej terapii i przedsięwzięcie kroków w celu jej zbadania i rozpowszechnienia, a tymczasem otrzymujemy diagnozę: skoro się udało, to nie mógł być nowotwór.

Mamona
Najstraszniejszym i najobrzydliwszym powodem rywalizacji medycyny konwencjonalnej z naturą jest jednak kwestia ekonomiczna. Zdrowe społeczeństwo nie jest bowiem społeczeństwem opłacalnym dla tych, którzy dysponują medykamentami konwencjonalnymi. I tutaj napotykamy na pewien błąd rzeczywistości, w której egzystujemy. Zaczynamy się zastanawiać kto tak na prawdę nas leczy i czy w ogóle leczy, skoro z jednej strony idziemy do lekarza w poszukiwaniu recepty na zdrowie, a z drugiej strony przepisuje on nam wyłącznie produkty będące źródłem utrzymania ogromnych przemysłów farmaceutycznych, które bez naszych chorób nie mają racji bytu. Czyż nie zależy im na tym, abyśmy regularnie chorowali? Czyż nie z tego się utrzymują?
Nie wnikam w intencje lekarzy, każdy będzie rozliczany według własnego systemu wartości. Chcę jedynie przewiercić dziewiczy otwór w murze, którym otoczyli wasz umysł, wasze serca. Nic tu nie jest tym, na co wygląda. To nie lekarze nas leczą, tylko farmaceuci. Lekarz jest jedynie powiernikiem na smyczy przemysłu farmaceutycznego, zarabiającego niewyobrażalne sumy pieniędzy na leczeniu nas z chorób, które daliśmy sobie wmówić. To oni potrzebują nas, a nie my ich. To oni zarabiają na uzdrawianiu nas. Już nigdy nie będziesz zdrowy, jeśli pozwolisz, żeby leczył Cie przemysł farmaceutyczny, który zarabia na produkcji leków. Banał.

Dlaczego lekarz nigdy nie polecił Ci (a przynajmniej nie zrobił tego drogą oficjalną) naturalnych środków? Dlaczego nie zasugerował, że, aby lepiej uchronić się przed chorobą, nie wystarczy reagować na jej symptomy, ale najlepiej w ogóle nie dawać jej możliwości zaistnienia w zdrowym organizmie. Dlaczego leczą nas chorzy lekarze? Nie chodzi mi tu tylko o stan ich psychiki, ale przede wszystkim o stan ich form fizycznych, co jest największym przejawem hipokryzji konwencjonalnej medycyny, który aż skacze do naszych oczu – dowodem na to, że oni nie wiedzą o czym mówią. Dlaczego tak niszczy się naturalnych medyków, określając ich mianem szarlatanów, którzy tylko czyhają by wpędzić nas do grobu? Naturalnego medyka nie wiąże sieć zależności, w której medyk konwencjonalny jest ostatnim ogniwem, mającym zasugerować obywatelowi jedynie słuszną możliwość. Czegoś wam to nie przypomina?

I tak to właśnie działa. Lekarzy wiążą umowy ze szpitalami, które wiążą umowy z ministerstwami, które wiążą umowy z rządami, które ściśle współpracują z właścicielami gigantów farmaceutycznych. Kiedy idę więc do lekarza, to nie on mnie leczy, tylko jakaś niesamowicie perfidna maszyna do zarabiania pieniędzy z drugiego końca świata. Lekarz mi tylko podaje produkt jej działalności.

Reklama dźwignią handlu
Biorąc pod uwagę wszelkie prognozy i tendencje (i reklamy) – jeśli nie zabije mnie rak, zrobi to cukrzyca, bądź inny zespół niespokojnych nóg. Ironizuję. Z taką samą zaciekłością, z jaką robią to producenci leków i wszelkiego rodzaju lekopodobnych bzdur. Tabletki antystresowe dla psa? Na prawdę?
Natłok reklam, które w każdej chwili, z każdej możliwej strony skaczą nam do oczu i uszu, aż kuje. Przerasta to wszelkie normy i całkowicie wykracza poza dobre maniery. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu i w tym przypadku to powiedzenie idealnie się sprawdza. Reklamy nie sugerują, one wręcz wmawiają nam wszelkiego rodzaju schorzenia mniejsze lub większe, których my, po obejrzeniu reklamy leku, zwyczajnie zaczynamy się doszukiwać we własnym organizmie. Ktoś powie, że farmaceuci reagują na potrzeby rozwijającego się świata i coraz bardziej rozwiniętych chorób, które nas atakują. Abstrahując od tego gdzie i przez kogo są tworzone te choroby, gdyż zdałoby się na to poświęcić osobny wywód, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, śmiem twierdzić, że farmaceuci nie reagują na potrzeby zmieniającego się świata, postępującego rozwoju i coraz sprytniejszych chorób, oni po prostu w bezczelny i podświadomy sposób handlują naszą uwagą, naszym zaufaniem i strachem o własne zdrowie.

Nie chcę być źle zrozumiany. Nie uważam, że cały stworzony przez ludzi system lecznictwa jest zły. Być może jego założenia były całkiem szlachetne, ale w miarę upływu czasu, zaczęto popełniać dziwne błędy, podejmować niezrozumiałe decyzje, które w dość jednoznaczny sposób pokazują, że system ów minął się ze swoim podstawowym założeniem, jakim było skuteczne leczenie ludzi (a przynajmniej chcę wierzyć w takowe pierwotne założenia). Jednakże, kiedy w grę wchodzą pieniądze, na prawdę duże pieniądze, człowiek jest zdolny do wszystkiego. Umysł ludzki nie raz udowadniał, iż żądza pieniądza deformuje jego postawę moralną i całkowicie zmienia postrzeganie dobra i zła. Właśnie dlatego uważam, że całkowite zaufanie względem konwencjonalnej medycyny jest głupotą, która w szerszej perspektywie wyrządzi nam więcej dobrego, niż złego. Ponadto mniemam, iż kolejną głupotą jest całkowite odmawianie zasług medycynie naturalnej, odbieranie jej szansy na pokazanie pełni swoich możliwości, które, patrząc obiektywnie, całkowicie chcemy zablokować.
I mimo, iż wiem jak rażący to problem i jak ewidentnie obnaża odgórnie narzucony system kontroli, to już na nic nie liczę. Prędzej doczekam się uwag o stylistykę tego wyrzutu lub oskarżeń o zarzucanie lekarzom braku kompetencji, niż tego, że zaszczepię nim w Tobie nutkę zwątpienia.

Brak mi sił, brak mi słów, a i śmiech mi nieco zelżał.

To nie bunt.

To niemy krzyk serca, które patrząc na świat,
do rozumu dojść nie może, kto nas wszystkich na to nabrał..

wtorek, 13 grudnia 2016

DOWODZENI PRZEZ SZABLONY NARZUCANE NAM PRZEZ MEDIA - RASIZM

Wyobraźmy sobie różę, która przytyka tulipanom brak kolców, orła który jastrzębiom wytyka kolor upierzenia, wyobraźmy sobie oceany, które naśmiewają się z maleńkości górskich potoków. Sytuacja, w której natura przeciwstawia się samej sobie, nie przez wzgląd na instynkty, potrzebę przetrwania, ale chęć dominacji nad innymi, wywołaną próżnością własnej fizyczności, występuje wyłącznie w kulturze ludzi, obdarzonych pozornie większą inteligencją i głębszym rozpoznaniem własnego jestestwa. Zjawisko, które w zdrowym społeczeństwie mieć miejsca nie powinno, jest już dziś nie tylko czarną plamą na ludzkiej moralności, ale także kolejnym powodem podziałów, tworzenia pseudo fundacji i sztucznego napędzania filozofii rasizmu. Filozofii stworzonej przez człowieka, błędnie interpretującego zamierzenia twórczej siły matki natury.

Czym jest rasizm?
Rasizm wynika z egotycznego mniemania o wyższości jednego umysłu, jednego osobnika, nad innymi. Wbrew temu, iż jest to nienawiść skierowana przeciwko konkretnej grupie ludzi lub inaczej – głosząca tezę o wyższości pewnej grupy ludzi nad innymi – to ma ona podłoże tożsame z mniemaniem o swej wyższości względem "uboższego", "gorzej" ubranego sąsiada. Ludzki umysł, tak niespokojny jak chorągiew powiewająca na wietrze, cały czas próbuje utożsamiać, a że pozornie "należy do nas", to lokuje nas w jak najwyższym punkcie hierarchii "ważności", innych traktując wyłącznie jak podległych sobie osobników. Wszystko czego się boi, wszystko, czego nie zna, czego nie rozumie, z czym dotąd nie miał do czynienia, traktuje jak coś złego, gorszego, godnego pogardy, w największej mierze nieświadomie gardząc własnym jestestwem – własną matką, która świat stworzyła różnorodnym. Sytuacja takowa miała miejsce w rozwlekłym momencie styku kilku ras, z których najbardziej egotyczną i dominującą okazała się rasa biała, mająca dostęp do większej części cywilizacyjnych "dobrodziejstw", które później z uporem maniaka zabierała wyłącznie na własny użytek, wykorzystując domniemany rozwój przeciwko innym. Cel jak zwykle był próżny i banalny – mieć więcej. Kiedy takowa myśl pojawi się w umyśle zbiorowym, niezwykle trudnym będzie się z owej opresji uwolnić, a niepohamowana chęć bogacenia się może już nigdy nie ustąpić.

Błędna interpretacja rasizmu
W ówczesnym świecie wiele jest prób tłumienia rasizmu, przeciwdziałania mu oraz edukowania młodszych pokoleń. Wolontariusze na całym świecie powtarzają jak mantrę, że rasizm jest zły, a wszyscy ludzie są równi – tacy sami. Są to jednak nieprawdziwe – świadomie mniej lub bardziej przekłamane stwierdzenia. Rasizm nie jest zły, rasizm jest głupi, a każdy człowiek na świecie różni się od swojego bliźniego, lecz nie jest to powodem do pogardy, lecz zachwytu. Tak zachowuje się piękno i różnorodność tego świata, którego my niestety nadal nie mamy ochoty rozpoznać.
Nie ma dwóch takich samych tulipanów na całej planecie, tak jak i nie ma dwóch równych sobie ludzi. I choć równość w edukacji antyrasistowskiej występuje jedynie w formie metafory, to po raz kolejny podpuszcza nas do błędnej interpretacji własnego człowieczeństwa. Nie możemy być równi, natura nie pozwoliłaby sobie na tak nierozważny i ryzykowny krok.

Dlaczego odnoszę się do natury jak do świadomie pojmującej rzeczywistość istoty? Dobre pytanie, które mało kto sobie zadaje. Czy natura, czy świat i wszechświat może być świadomy? Wszystko na to wskazuje, toteż należałoby nieco zmienić perspektywę i zacząć rozważać powody dla których pewne rzeczy zachodzą. Rozważajmy to jednak z ogromną dozą pokory, postrzegając już nie tylko jako odrębna jednostka, ale część składowa istoty większej od nas.

Różnorodność rasowa buforem bezpieczeństwa
Spójrzmy na tę różnorodność z perspektywy planety, którą zamieszkujemy – z perspektywy, o której większość z nas jak dotąd nie miało pojęcia. Natura nie stworzyła nas różnymi od siebie tylko po to, byśmy ze sobą rywalizowali, dominowali się wzajemnie i tworzyli podziały rasowe. Natura jest bezwzględna, ale nie głupia i próżna. Różnorodność rasowa jest zwyczajnym zabezpieczeniem się, przed wyniszczeniem całej populacji. Przypuśćmy, że w pewnym momencie naszej historii pojawia się globalna epidemia – nie taka stworzona w laboratorium na potrzeby przemysłu farmaceutycznego, ale rzeczywisty wirus, który może zagrozić istnieniu naszej cywilizacji. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, to reakcja naszych organizmów na tego wirusa również będzie zbliżona, a jeśli będzie on wystarczająco silny, wszystkich nas może czekać podobny los. Tak się jednak nie stanie, kiedy natura posiada potężny bufor bezpieczeństwa w postaci kilku ras, diametralnie różnych od siebie, przystosowanych do życia w różnych środowiskach, u których wykształciły się różne możliwości obronne przed wszelkimi wirusami, bakteriami, ale także innymi czynnikami zewnętrznymi, które mogą zagrażać naszemu istnieniu. Znaleźliśmy się tu w pewnym celu, którego jak dotąd nie zdołaliśmy pojąć i mimo naszej wolnej woli, natura nie pozwoliłaby sobie całkowicie oddać kontroli jednemu z "produktów" swej ewolucji, nie wiedząc do końca jakie obrodzi on owoce. Innymi słowy – istnieje duże ryzyko, że nie poradzimy sobie z zadaniem, które zostało nam powierzone, a jeśli jednak nam się uda, to będzie trwało to zapewne jeszcze wiele lat, które przez błędną interpretację naszego jestestwa, mogą przynieść wyniszczające nas samych efekty naszej destrukcyjnej działalności, z którą natura będzie musiała się zmierzyć z naszą lub bez naszej pomocy. Wynikiem takich działań przetrwać może tylko jedna z ras, które w ówczesnym czasie zamieszkują planetę i nie będzie to wcale świadczyło o jej wyższości nad innymi, ale o przemyślanym działaniu matki natury, która tworząc różnorodność, zapewnia sobie przetrwanie.

Wyobraźmy sobie różę, która przytyka tulipanom brak kolców, orła który jastrzębiom wytyka kolor upierzenia, wyobraźmy sobie oceany, które naśmiewają się z maleńkości górskich potoków. Wszystko jest inne, jednak ma swoje miejsce, swoją rolę i istotne zadanie w wielkiej kompozycji wszechświata. Nigdy nie będziemy równi, ale to nie oznacza, że ktokolwiek jest gorszy od innego. Natura nie kategoryzuje, nie organizuje konkursów, ani plebiscytów. Potrzebuje i docenia nas w taki sam sposób, bez względu na to kim jesteśmy, jacy jesteśmy i jaką akurat przyjęliśmy rolę w iluzorycznej metaforze życia. Szkoda tylko, że my nadal nie potrafimy tego pojąć.



środa, 2 listopada 2016

Tako rzecze Thoreau

"Doprawdy, nie ma dnia, aby pracujący człowiek znalazł czas na prawdziwą rzetelność albo pozwolił sobie na utrzymywanie najprostszych, ludzkich stosunków z sąsiadami, albowiem cena jego pracy spadłaby na rynku. Ma czas tylko na to, aby być maszyną. Jakże może pamiętać o tym, że nie wie wielu rzeczy - to zaś jest warunkiem rozwoju - ten, który tak często musi spożytkowywać to, co wie? Toteż zanim wydamy o nim sąd, powinniśmy czasami dobrowolnie karmić go, ubierać i serdecznie podtrzymywać na duchu. Najpiękniejsze wartości naszej natury, podobnie jak meszek na owocach, można zachować jedynie dzięki najbardziej troskliwej pielęgnacji. Pomimo to ani siebie, ani innych wcale tak delikatnie nie traktujemy."
Henry David Thoreau - Walden, czyli życie w lesie 

Maseczka dla zniszczonych włosów


 Do wykonania domowej maseczki potrzebujemy jednego awokado (najlepiej mocno dojrzałego, które łatwo się rozgniecie), dwóch łyżek kwaśnej śmietany oraz świeżego soku z połowy cytryny.


Awokado rozgniatamy i mieszamy z sokiem i śmietaną do momentu uzyskania w miarę jednolitej konsystencji. Do otrzymania całkowicie spójnej masy, możemy wykorzystać blender. Powstałą maź wmasowujemy we włosy i skórę głowy, po czym owijamy ją folią i ciepłym ręcznikiem. W owej ręcznikowej czapeczce musimy wytrzymać 20 minut, po upływie których ściągamy wszystko i spłukujemy włosy.


Maseczka z awokado to bardzo prosty sposób na regenerację, ożywienie i orzeźwienie zarówno skóry głowy, jak i porastających ją włosów. W porze zmiennej i niesprzyjającej pogody to doskonałe wzmocnienie i ochrona przed wpływem niekorzystnych warunków pogodowych.

czwartek, 20 października 2016

Paradoks pochwiatki

Niepospolicie pospolita, niepozorna, nieznajoma i nieoceniona - pokrzywa - i choć brzmi dość zwyczajnie, to zaskakuje niezwykłą odmianą, która nie zważając na żadne ograniczenia, manifestuje się szeroką paletą barw oraz ich kombinacji. 
Szałwia indyjska, pochwiatka lub pokrzywa indyjska, to w naszej świadomości nadal dość nieznana roślina, którą wykorzystujemy głównie w celu zdobienia domów, ogródków i ulic. 
Doprowadziło to, do dość paradoksalnej sytuacji, w której ludzie cierpiący z powodu różnego rodzaju schorzeń, przechadzają się obok rośliny, mogącej im pomóc w uleczeniu tychże schorzeń, jednakże bez świadomości jej możliwości poprzestają na podziwianiu jej walorów zewnętrznych, jeśli w ogóle zdołają je dostrzec.

Co kryje się pod zewnętrzną powłoką?
Pokrzywa indyjska zawiera w sobie substancje wspomagające wytwarzanie w organizmie enzymów przyspieszających spalanie tkanki tłuszczowej, przez co jest efektywnym kompanem walki z nadwagą. Dodatkowo pobudza trzustkę do produkcji insuliny. Posiada właściwości antyalergiczne, korzystnie wpływa na problemy astmatyczne. Rozszerza naczynia krwionośne, czym zapewnia lepsze krążenie i dokrwienie serca. Obniża ciśnienie krwi - również tej znajdującej się w ludzkim oku, dzięki czemu stosuje się ją w leczeniu wzroku. Pochwiatka wykorzystywana bywa również jako lek przeciwbólowy i przeciwzapalny. Pobudza procesy trawienne, przyspiesza metabolizm. Ostatnio odkryto również jej właściwości hamujące rozrost komórek rakowych, dzięki czemu w przyszłości będzie można korzystać z niej w ramach profilaktyki antynowotworowej.

Pochwiatka nie jest wyodrębnionym egzemplarzem rośliny, która zamiast leczyć, jedynie zdobi naszą okolicę. Takich roślin jest mnóstwo, a każda z nich świadczy o naszej próżności i głupocie. Traktujemy bowiem naturę jedynie jako ozdobę tego, co sami stworzyliśmy, zapominając o tym, że sami jesteśmy tworem natury. - I tak oto, człowiek rozumny mając w ogrodzie całą gamę leczniczych roślin, z pełnym zaufaniem wybierze się po 'leki' do apteki.

wtorek, 18 października 2016

Leczymy się naturalnie. Syrop z szyszek

Syrop z szyszek przygotowujemy wiosną - w czasie, w którym drzewa kwitną. Zbieramy zielone szyszki, po czym czyścimy je, lecz ich nie opłukujemy. Umieszczamy je w pojemniku, przesypując obficie cukrem Muscovado, bądź zalewając miodem. Zamiast wieczka, z góry umieszczamy gazę, pozwalającą na swobodny przepływ powietrza, izolując jednocześnie naszą miksturę od łakomych owadów oraz różnego rodzaju zanieczyszczeń. Słój odstawiamy w mocno nasłonecznione miejsce, na okres dwóch miesięcy, po upływie których otrzymany syrop odcedzamy i przelewamy do mniejszych butelek. Syrop zażywamy przy pojawieniu się pierwszych oznak przeziębienia, ale także w trakcie trwania infekcji. Pomaga on udrożnić drogi oddechowe, wzmacnia naszą odporność, wspomaga walkę z chorobą. Dodając go do gorącej herbaty wywołujemy również działanie rozgrzewające.

Rozchmurz się

'Wewnętrzna przemiana nie polega na znajdowaniu wielu odpowiedzi na pytania, a na znalezieniu nowej relacji w stosunku z myślami.'

sobota, 15 października 2016

Co mówią ich blizny o nas?

Tatuaż drzewu? * Jest to kolejne, obok stylowego "podparcia",  kontrowersyjne dzieło uczynione drzewom. * Ludzka wyobraźnia jest niepojęta, szkoda tylko, że wykorzystujemy ją w tak ograniczony sposób. * To już lepiej "love na murach" * Ból, zadany w imię miłości, który drzewo  i tak zniesie, ono zniesie wszystko - pełna akceptacja.

poniedziałek, 10 października 2016

Bogaty szejk

Sezon ogrodowy powoli odchodzi w zapomnienie, co nie znaczy jednak, że już niczego ciekawego w ogrodzie znaleźć nie można. Nawet przy tak mało sprzyjającej pogodzie (która jednak nie przeszkadza nam, aż tak bardzo, gdyż nasza wewnętrzna pogoda ducha nie została zachwiana), nadal możemy znaleźć rośliny, które odżywią nasz organizm, wzmacniając i regenerując nasze ciała i umysły, przed wymagającym sezonem jesienno-zimowym, który na pewno oszczędzić nas nie zechce. 

W ramach jesiennego przeglądu działkowego i jednych z ostatnich "prywatnych żniw" udało mi się nazbierać mięty, która posłuży mi jako surowiec do tworzenia domowych naparów, a którą, jeszcze jako świeżą roślinkę, dodałem do niezwykłego szejka, który zachwyca, zadziwia i zastanawia, czy są jakieś granice tego zielonego szaleństwa? Osobiście wydaje mi się, że granice to jedynie sztuczny, nieprawdziwy twór, mający na celu trzymać naszą wyobraźnię na wodzy, mimo iż jest to ostatnia rzecz, która powinna dotykać wyobraźni.

Migając się od podobnego dotyku, oddając pełną kontrolę swej fantazji, połączyłem składniki, które dotąd nijak nie współgrały ze sobą w naszej żywieniowej świadomości. Moja niedzielna fantazja scaliła ze sobą następujące produkty..


Na pierwszy ogień idzie zieleninka, która mimo późnej pory okazała się być niezwykle urozmaiconą, gdyż do świeżo zebranej mięty, dołączył szczaw, pietruszka i koper. Takie połączenie zapewnia nie tylko ogromną dozę orzeźwienia, ale również sporą dawkę składników odżywczych, które odtruwają nasz organizm, łagodzą nerwobóle, ułatwiają trawienie,  łagodzą procesy fermentacji w jelitach, niestrawność, dolegliwości żołądkowe, a nawet przeciwdziałają bezsenności.


W sukurs zieleni idzie odżywcza gruszka nashi, nazywana również chińską gruszką, która jest niezwykle bogata w błonnik, dzięki czemu łagodząco wpływa na pracę naszych jelit. Wzmacnia również naszą odporność, korzystnie wpływa na cerę, krzepliwość krwi oraz prawidłową pracę mózgu. Wspaniale gasi pragnienie, a przy tym jest niezwykle smaczna.


Najbardziej zaskakujący element tej zdrowotnej układanki to bez wątpienia kabaczek, którego mało kto spodziewałby się w szejku. Trzeba jednak przełamywać żywieniowe tabu. W czym bowiem taki kabaczek jest gorszy od banana? Otóż natura nie rozdziela na gorszych i lepszych, toteż bez żadnych oporów umieściłem go w tym zestawieniu. A on odwdzięcza się natychmiast, wzmacniając nasz układ odpornościowy i neutralizując szkodliwe związki, będące skutkami ubocznymi metabolizmu. Korzystnie wpływa na stan naszych płuc, żołądka i dwunastnicy. Kiedy wykorzystujemy kabaczka wraz z jego wnętrznościami uzyskujemy dodatkowo działanie antygrzybicze, antybakteryjne i przeciwpasożytnicze.


Do wyżej wymienionych składników dodałem również jabłka, miód gryczany oraz kilka malin, dla skontrastowania dość wymagającego smaku kabaczka połączonego z zielenią ogrodu. Wszystko zmiksowałem i otrzymałem.. ambrozję! 

Jak inaczej bowiem nazwać napój, po wypiciu którego czujesz się lepiej, swobodniej i spokojniej patrzysz na nadchodzący dzień i uśmiechasz się tak zwyczajnie, bo wiesz, że jest dobre.