piątek, 1 września 2017

POZA GRANICE ILUZJI #3 JUGÓW

Z Kłodzka zabieramy się ostatnim busem, na który nie zdążylibyśmy gdyby nie zmiana planów - w pierwotnych założeniach mieliśmy wyjeżdżać z miasta dwie godziny później. Nic nie dzieje się bez powodu. Jedziemy do Nowej Rudy, skąd czeka nas piesza wędrówka do Jugowa - siedmiokilometrowa trasa, z kilometrowym, stromym podejściem wieńczącym nasz dzień. Przez większą część trasy jedziemy sami - nasz prywatny PKS. Pod koniec drogi wzbudzamy nieukrywane zainteresowanie kierowcy, który wypytuje nas gdzie zmierzamy. Z politowaniem kręci głową, nie dowierzając, że dotrzemy dziś na Zygmuntówkę. Niepokojący komentarz, w stylu: 'żal mi was z tymi plecakami', zupełnie podcina nam skrzydła, a wymowny wzrok mej towarzyszki uświadamia, że za chwile sam będę wchodził z dwoma plecakami, niosąc ją jednocześnie na rękach. Tak, tak, wiem, wiem, że zupełnie nie przemyślałem naszej trasy, ale mój niepoprawny optymizm, wyrównał nam te wszystkie niedociągnięcia. I po raz kolejny mnie nie zawiódł, chociaż duża w tym Twoja zasługa, przy Tobie cuda się nasilają. 
Wychodzimy z busa, żegnając się z kierowca, który w pewnym momencie krzyczy do nas, byśmy zaczekali. Trochę jakby przekonując sam siebie, stwierdza, że właściwie może nas podrzucić jeszcze kawałek, czym zaoszczędzimy sobie sporo czasu i energii. Chwila konsternacji, wymowne spojrzenie, chyba faktycznie oboje słyszeliśmy to samo. Ludzie są cudowni. Drzwi się zamykają, a my ruszamy kolejnych kilka kilometrów, przybliżając się znacząco do celu naszej dzisiejszej tułaczki. Po drodze kierowca zamienia się w przewodnika, który opowiada nam nieco o okolicznych wioskach, ich mieszkańcach i swoich młodzieńczych latach, spędzonych w Jugowie. Niesamowite jest to, jak jego twarz promienieje na samą myśl o tych wspaniałych chwilach, które tu spędził i możliwości podzielenia się nimi z zupełnie 'przypadkowymi' turystami. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia - wystarczy zainteresowanie drugiej osoby, podparte uśmiechem.
Podwozi nas najdalej jak może, dwa razy dokładnie opisuje drogę do górskiego schroniska i z uśmiechniętą twarzą życzy nam przyjemnej wędrówki.


Na miejsce docieramy po nieco ponad godzinie. Mimo podwózki, jest to nadal wymagająca trasa, z bardzo stromym podejściem na sam koniec. Gdybyśmy wcześniej zauważyli podjazd pewnie byłoby nam lżej - chyba instynktownie rzucamy sobie wyzwania.


Jesteśmy. W Zygmuntówce czeka na na nas niezwykle otwarta i uśmiechnięta Inna z Ukrainy, która wraz z mężem opiekuje się schroniskiem. Wewnątrz pachnie cynamonem oraz suszonymi grzybami. Intrygująca kompozycja. Kwaterujemy się, rozpakowujemy i po chwili siedzimy na wzgórzu ponad schroniskiem, obserwując wędrujące słońce, skrywające się za granicą szczytu Wielkiej Sowy. Koniec tułaczki na dziś, odpoczywamy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz