poniedziałek, 28 sierpnia 2017

POZA GRANICE ILUZJI #2 KŁODZKO

Wstajemy rano, przy czym zaznaczyć trzeba dochodzącą właśnie godzinę dziewiątą. Poprzedni dzień był bardzo wymagający, toteż należał nam się nietłamszony wypoczynek. Leniwie wynurzamy się z pokoju, nieśmiało wychodzimy na zewnątrz, a tam krajobraz nie do poznania. Powoli przyzwyczajam się do zmienności górskiej pogody.


Mamy szczęście - właściciel gospodarstwa, w którym nocowaliśmy, wybiera się do miasta i z chęcią nas podwiezie - wspaniały człowiek. Po drodze opowiada nam nieco o swojej codziennej pracy na gospodarstwie, wspomina, że szuka artystów, rzeźbiarzy, malarzy, wszelakiej maści sztukmistrzów, chcących uzewnętrzniać swą pasję. W piętnaście minut pokonujemy dystans, którego przejście mogłoby nam zająć nawet dwie godziny - chyba szczęście podróżuje razem z nami. Kolejny przystanek - Kłodzko.


Jesteśmy w tym mieście dosłownie przez chwilę, a i tak się w nim zakochujemy. Ma w sobie coś urokliwego, średniowieczny układ urbanistyczny z twierdzą w najwyższym jego punkcie, kontrastuje nieco pojęcie miejskości. Jest na prawdę pięknie. Dziś dzień iście turystyczny. 


Zwiedzamy labirynt w podziemiach Twierdzy Kłodzko, sięgających daleko poza jej zewnętrzne granice. Mniej magiczny to czas dla nas, aczkolwiek doświadczamy bezpośredniego kontaktu z miejscem, a co za tym idzie z energią zdarzeń, które się tutaj rozegrały. Z jednej strony śmierć, strach, z drugiej ludzka zaradność i niezłomna wola przetrwania.


Kłodzko udziela nam specyficznej lekcji, pozwalając zderzyć się ze zjawiskami, których nie do końca moglibyśmy oczekiwać. Jest to jednakże niezwykle istotna nauka, umożliwiająca nam sprawdzenie się w sytuacjach wzbudzających większe emocje.
Spacerując po malowniczych uliczkach miasta, trafiamy do kościoła. Paradoksalnie - energia tego miejsca jest dość przytłaczająca, żeby nie rzec uciążliwa. Po chwili, nie wiadomo skąd, pojawia się przy nas żebrak proszący o jałmużnę. Beata wyciąga z portfela pięciozłotową monetę i wręcza mu ją. Przytłumiony i zmarnowany głos mężczyzny, momentalnie zmienia barwę i ton, przybierając pozycję zbulwersowanego i oszukanego. Rozmowa wymyka się z jakichkolwiek granic normy i kultury, a proszący przed chwilą człowiek, zaczyna nas atakować - "Co ja sobie za to kupię, chyba jesteście śmieszni, w tych czasach to nawet na wodę mi nie wystarczy" - Beata dyplomatycznie tłumaczy naszemu rozmówcy, że zawsze może zwrócić pieniążek, a ona zrobi z nim pożytek, bez pretensji i zażaleń. Ja, jakby nie do końca wierny swym oczom i uszom, toczę wewnętrzną walkę, by nie wylać z siebie całej swej irytacji i niechęci do takiego przejawu ludzkich zachowań. Trzy głębokie wdechy i wydechy. Spokój, tylko spokój nas ratuje. Złość i irytacja odchodzi, a wraz z nimi posępny żebrak, który pokrzykując i odgrażając się, na koniec swej wizyty niezwykłą czyni nam komedię. Napięcie schodzi tak szybko jak szybko się pojawiło, a my zyskujemy kolejną porcję doświadczeń związaną z tym, czego nie lubimy i nie rozumiemy, a co jednak nas niejednokrotnie spotyka. Wychodząc z kościoła, po minięciu jego progu zewnętrznego, oboje odczuwamy niezrozumiałą ulgę, przytłaczająca energia pozostaje za naszymi plecami, a my wybuchamy śmiechem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz